czwartek, 22 września 2011

Znikający punkt, reż.: Richard C. Sarafian, rok: 1971


Jestem blacharą, ze sprecyzowanym gustem. Bynajmniej nie „lecę” na osiemnastoletniego Opla Astrę po wiejskim tuningu. Przyznaję się do tego że szybsze bicie serca powoduje u mnie widok amerykańskiego muscle cara i podnieca mnie ryk silnika V8. Pomimo że podobają mi się supersamochody i wiem że Ferrari jest dużo lepsze od Plymoutha Barracudy, to gdybym miała wybierać... Zdecydowałabym się na Barracudę. Mówiąc po ludzku: zamiast sportowca wybrałabym mięśniaka. Dlaczego? Mięśniak ma charakter łobuza z przedmieścia. Camaro wręcz woła: jedźmy coś przeskrobać. Sportowiec jest zdyscyplinowany i przygotowany do bicia rekordów.
Tak jak w akapicie powyżej mogę jeszcze chrzanić ze dwie godziny, dlatego zanim dotrę do zasadniczego wątku minie jeszcze trochę czasu. Po pierwsze: jest masę amerykańskich filmów drogi, począwszy od Swobodnego Jeźdźca Dennisa Hoppera (film który zapoczątkował nurt jakby ktoś pytał) a skończywszy na Prostej historii Lyncha. Pewnie opowieść o człowieku jadącym na kosiarce ma głębsze ukryte przesłanie (zważywszy na cel podróży itd.) a historia dwójki motocyklistów zabitych przez rednecków (wieśniaczków) z zapyziałej Alabamy czy innej dziury na Południu zasługuje na tytuł klasyka. Pewnie o wiele bardziej kanoniczna jest scena wybuchających symboli amerykańskiego stylu bycia w Zabriskie Point, a wszyscy chętnie dołączają do Konwoju gdy ten po raz n'ty leci w TV (ja też jestem w tej grupie). Coś z kanonu pominęłam? Bullitt i scena pościgu która zasługuje na oddzielną notkę, której pisanie jest zbędne bo chyba napisano już wszystko. Wybrałam film, którego fabuła jest do bólu prosta a finał przewidywalny i zapowiedziany na samym początku. Jednym z uzasadnień tego wyboru jest biały Dodge Challenger, przemierzający przecinającą pustynie Newady szosę nr 50 w roli głównej.
Po raz pierwszy widziałam Znikający punkt w pewne nudne, niedzielne popołudnie. W dni takie jak ten perspektywa zrobienia czegokolwiek wydaje się ciekawsza niż poddanie się cotygodniowej rutynie. Odpalam film i... zastanawiam się czy z historii: masz weekend na dowiezienie tego wozu do celu da się cokolwiek wyciągnąć? Otóż: tak. Film zbudowali ludzie, których Kowalski spotyka na swojej drodze. Ludzie pozbawieni tożsamości zapisanej w dowodach osobistych, czy co tam w USA mają. Czy Kowalski ma imię? Tak, co jest nieistotne bo filmowa policja jest za głupia by je odczytać. Gloryfikacja Kowalskiego prowadzona przez DJ-a radiowego Super Soul, polegająca na przedstawieniu byłego kierowcy wyścigowego jako ostatniego z wolnych ludzi którzy nie ugięli się pod jarzmem zasad sprawia że w filmie pojawia się silny element kontestacji. Policja jest reprezentantem władzy. Czymś co reprezentuje skostniałe zasady i wymusza na obywatelach posłuszeństwo. Gliniarz w tym filmie nie mógł być fajny.
Anonimowość dotyczy nie tylko głównego bohatera. W tym filmie nie ma miejsca na tożsamość. Ludzie pojawiający się w filmie są przede wszystkim symbolami wartości, które również zostają zachwiane. Wystarczy wspomnieć motyw sekty/komuny ukrywającej się gdzieś na pustyni w Newadzie. Grupa ta jest bardzo hermetyczna i zamknięta dla ludzi z zewnątrz. Czyżby pojawiła się tu satyra na hippisów, których era zaczęła odchodzić w zapomnienie a wraz z nimi sens jakiegokolwiek buntu? Kowalski nie chce się przespać z dziewczyną na motocyklu, bo nawet idea wolnej miłości zdechła. Na jej miejscu jest wspomnienie zmarłej dziewczyny Kowalskiego. Prochy bynajmniej nie służą do wspinania się na wyższe stany świadomości, ale po to by dostać solidnego kopa. Wszelkie sacrum substancji psychoaktywnych upadło. Wątek można jeszcze pociągnąć dalej, przez ujęcia z wyrzuceniem węży przez lidera tej grupy i próbować nadinterpretacji przez pryzmat symboliki chrześcijańskiej... Jak ktoś nie ma co robić to polecam.
Oczywiście musiała pojawić się banda kretynów którzy podjechali swoim „wieśniakowozem” pod rozgłośnię z której nadawał Super Soul robiąc tym samym małą burdę. O co chodzi? Moim zdaniem o równouprawnienie. Dzieje się to samo, co się stało w Easy Riderze. Super Soul był czarny, podjechała banda białasów i spuściła mu łomot. Dlaczego? Bo Kowalski burzył ich idealny porządek świata i trzeba było zniszczyć zarówno jego jak i każdego kto z nim współpracował, co niestety im się udaje, gdyż przez ich podstęp Kowalski traci
Jak bardzo tragikomiczna jest para autostopowiczów, na dodatek gejów (a teraz temat ten jest chyba bardziej kontrowersyjny niż w latach '70) którzy wyglądają tak, jakby całą kasę zostawili w Reno, bo na Vegas nie było ich stać. Jak nisko musieli upaść skoro dwójka napastników zaczęła „wołać” policję bo napadł ich uwielbiany przez tłumy niczym Bonnie i Clyde maniak prędkości. Jak bardzo bandzior został ośmieszony przez swój głupi wizerunek...

SPOILER DOTYCZĄCY KOŃCA
Pierwszą reakcja na rozbicie Dodge'a były słowa: przynajmniej go nie dorwali żywego. Później jednak zaczęło rodzić się pytanie czy Kowalski na pewno wygrał walkę. Policja osiągnęła swój cel zatrzymując ściganego „przestępcę”, po czym rozeszli się do swoich domów. Kowalski nie dostarczył wozu na czas. Pomijam fakt, że nie było już czego dostarczać. Z drugiej jednak strony zdołał przekroczyć granice stanu Kalifornia w wyznaczonym terminie, a przez fakt że rozbił samochód i przy okazji zabił siebie, pokazał że nie ma zamiaru się poddać. Pozbawił policji zaszczytu złapania przestępcy i doprowadzenia go przed oblicze sądu. Spór mam nadzieję nie zostanie rozstrzygnięty.
Pomimo swojej prostoty film nie tylko przykuł moją uwagę ale zagościł na dobre w mojej świadomości. Nie tylko piękny samochód ale i możliwości do interpretacji sprawiły że bez problemu mogę umieścić film w pseudo-rankingu tych ulubionych. 

I taki bonus muzyczny dla wytrwałych:

 

2 komentarze:

cyb pisze...

pewnie sobie nie wyobrazasz jak wielki usmiech wywolal u mnie pierwszy akapit ; )
swoja droga i tego filmu nie widzilame ; o

L-Havoc pisze...

ej, ale mam nadzieję że nie uśmiech zażenowania :D Zostanę komikiem albo dziennikarzem motoryzacyjnym. Wtedy to będzie oznaczało tylko jedno: koniec świata.