niedziela, 30 grudnia 2012

Czas zapomnianych bohaterów


Posłuchajcie opowieści przyniesionej przez północny wiatr. Posłuchajcie o zapomnianych bitwach, anonimowych bohaterach, o chwale i klęsce. Posłuchajcie o wydarzeniach, wymazanych z kart podręczników historii. I o tęsknocie do tamtych zamierzchłych czasów...
Po raz pierwszy zetknęłam się z muzyką Ensiferum w styczniu 2007 roku. Zbiegło się to w czasie z lekturą pierwszego tomu Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza. Folkmetalowa muzyka doskonale podkreślała klimat powieści a książka wzmacniała siłę rażenia muzyki. Od tego czasu minie niedługo sześć lat, w zespole nastąpiły zmiany personalne, jednak fundamenty ich twórczości pozostały niezmienione.
Unsung Heroes to piąty studyjny album Ensiferum. Płyta została wydana w sierpniu bieżącego roku, jednak do moich uszu trafiła dopiero teraz. Może i lepiej. Aura za oknem zdecydowanie lepiej pasuje do takiej muzyki. Dodatkowo nieco zniechęciłam się do zespołu po premierze From Afar której zarzucałam zbyt power metalowe zacięcie. Tag viking metal z góry narzuca pewną konwencję stylistyczną od czego zespół się nie uchyla tworząc kolejny zbiór opowieści.
No właśnie: opowieści i sagi to dwa słowa najtrafniej oddające charakter twórczości zespołu. Petri Lindroos i Emmi Silvennoinen mają do przekazania historie pokryte kurzem bezlitosnego czasu, ukryte pod grubą warstwą zapomnienia. Mówią głosami nie tylko wojowników ale i prostych ludzi żyjących na północy kontynentu europejskiego. Oprócz wykrzyczanych słów o męstwie, śmierci w walce, zabraniu ze sobą jak najwięcej wrogów (jak oszczędny w środkach Last Breath czy bardziej żywiołowy Retribution Shall Be Mine) otrzymujemy subtelną opowieść miłosną w postaci Celestial Bond i Star Queen. To w zasadzie jedna opowieść snuta z dwóch punktów widzenia. Nie mogło zabraknąć smaczku w rodzinnym języku finów: Pohjola.
Całość zostaje oprawiona w charakterystyczne dla zespołu brzmienie będące połączeniem gitar i folkowego instrumentarium ze szczyptą symfonii i chóralnego śpiewu. To sprawia że album choć niezwykle spójny w warstwie muzycznej i tekstowej pełen jest smaczków tylko czekających na odkrycie. Dwa kolejne słowa trafnie opisujące tą muzykę to patos i rozmach. I absolutnie nie jest to zarzutem, bo właśnie dlatego siła oddziaływania albumu jest tak potężna.
Jeżeli mam wskazać na jakieś słabe punkty, z pewnością jest nim cover Bamboleo z repertuaru Gypsy King's. W odniesieniu do reszty utwór nie pasuje. Bardziej optymistyczna wersja wydarzen to przejaw czarnego humoru.
Muzycy Ensiferum podjęli udaną próbę przeniesienia w czasie słuchaczy w odległe czasy wczesnego średniowiecza. I chociaż to zaledwie namiastka którą z reguły przekazują opowieści, nie można odmówić płycie obrazowości, dzięki której przynajmniej przez kilka minut możemy zapomnieć o otaczającym świecie, uciec gdzieś daleko i spojrzeć na dawny świat. To piękny hołd dla zapomnianych bohaterów.

Ensiferum – Unsung Heroes
Data premiery: 27 sierpień 2012
Wydawca: Spinefarm 

Recenzja pisana dnia 21 XII 2012. Trochę się ociągałam z publikacją. 

czwartek, 27 grudnia 2012

+100 do manii prześladowczej.

Święta się już skończyły, teraz nadszedł czas zgrozy, przerażenia, płaczu i zgrzytania zębów. I nie mam tu na myśli tego że świąteczne jedzonko znowu nie poszło w cycki (a szkoda). Otóż... zaczął się sezon na "co łaska, ale z reguły dają stówę" czyli wizyty duszpasterskie. Całkowicie zdaję sobie sprawę z tego po jakim cienkim lodzie stąpam pisząc o tzw.: Kolędzie ale... trzeba w końcu coś napisać, bo długo mnie tu nie było.
Jak wiadomo na organizację świąt wydajemy więcej niż zarabiamy. Musimy w końcu kupić: więcej jedzenia niż jesteśmy w stanie zjeść, 564247527274247676 par skarpet dla babci, dziadka, mamy taty, córki, siostry, kuzyna 897 stopnia ze strony matki, kuzynki 7868 stopnia ze strony ojca, jakiś badziew dla psa, maskotkę dla kota, nowy komplet lampek choinkowych (bo po nieudanych pięciuset próbach rozplątywania starych poddajemy się), w Wigilię sprzątamy i robimy wszystko by nie wyjechać z artylerią podczas corocznej wojny domowej i w końcu wymęczeni zasiadamy do wieczerzy by wspólnie obejrzeć Kevina albo TVN 24... Po dwóch dniach nie przyjmujemy już pokarmów.
Wracając do głównego wątku... wczorajsza rozmowa z moją mamą wyglądała mniej więcej tak:
M: Wiesz kiedy jest Kolęda?
Ja: ...Nie?
M: Sprawdzisz w necie?
Ja: O.K.
kilka minut później
Ja: stare info...
Mama zadzwoniła jeszcze do kilku znajomych i... nikt nic nie wiedział. Uznaliśmy zgodnie że pewnie obowiązuje zeszłoroczny rozkład jazdy. Dziś rano tuż przed wyjściem z psem... zostałam poinformowana że dziś jest... 27 grudnia i rok temu o tej porze mieliśmy nalot. Po wypowiedzeniu kilku pięknych wiązek zaczerpniętych z Pana Lodowego Ogrodu opuściłam mieszkanie. Po powrocie dostałam odkurzacz, miotłę, rolkę do czyszczenia ciuchów i misję posprzątania przedpokoju. Odwdzięczyłam się marudzeniem że nawet nie mogę zrobić sobie kawy, nie mówiąc o normalnym skorzystaniu z toalety, bo nigdy nie wiadomo kto zadzwoni do drzwi za parę minut... A tak w ogóle jutro Hobbit a moje priorytety są bardziej komercyjne... i tak dalej przez piętnaście minut by dokończyć moim ulubionym zdaniem że szanowanie zasad tego domu to jedno, ale konstytucja gwarantuje mi wolność wyznania. bla bla bla. Po tym stwierdziłam że czekam do 14.00 i wychodzę z bestią.
Jednak kilka godzin spędziłam na nerwowym czekaniu, każdy trzask drzwi powodował u mnie mdłości etc. W między czasie próbowałam odgadnąć jaka jest idea... Bo w końcu trzeba drzwi otworzyć... bo co powiedzą sąsiedzi, znajomi, rodzina bla bla bla... i przypomniał mi się ten skecz:

wtorek, 20 listopada 2012

"Hobbit" pod ostrzałem fanatyków.

Do premiery Hobbita mogę już liczyć tygodnie a od początku grudnia już tylko dni. Dziesięć lat czekania zostało wynagrodzone, niestety nadwyżką w postaci trylogii ale nie będę narzekać. Co prawda będę musiała wydać 3x więcej na bilety do kina i postarać się o jakąś nową legitymację studencką (zniżki, zniżki...)
Nie mam najmniejszego zamiaru narzekać, bo teraz czekam na komedię w postaci bojkotu i protestów ze strony organizacji pro-eko zarzucającym producentom śmierć 27 zwierząt przez zaniedbania, nie biorąc pod uwagę że tak duże produkcje są tak obwarowane przez obrońców praw zwierząt że nie ma szans by doszło do jakichkolwiek zaniedbań.
Niestety dla niektórych liczy się tylko nakręcenie afery by móc dalej obnosić się ze swoim twardogłowiem w tej czy w innej kwestii. Dlatego nastawiam się na bojkot nagłaśniany w mediach a nawet na wolontariuszy odmrażających sobie dupy by do kas kinowych trafiło jak najmniej pieniędzy a frekwencja była żenująco niska. Nastawiam się na to że osoby które nie mogą o mnie nic powiedzieć, nawet nie znają mojego imienia i nazwiska zaczną mnie porównywać do nazistek bo biorę udział w holocauście niewinnych istot bla bla bla...
Nie mam zamiaru brać udziału w ani jednej z tych sztucznie nagłaśnianych aferek a ten krótki wpis ma być tylko wyrazem tego, jak mało mnie obchodzi czcze gadanie i bezpodstawne oskarżenia. Czekałam na coś dziesięć lat i nie pozwolę sobie tego odebrać grupie niedojrzałych fanatyków. Na odchodne: 

wtorek, 13 listopada 2012

Playlista jesienna.

22 mieliśmy początek astronomicznej jesieni. Z tego powodu należało ułożyć sobie odpowiednią playlistę i zapisać ją jako: będę tego słuchać do porzygu. Z czego składa się ten set? Pewnie z paru nowości, kilku odkryć, soundtracków i kilku "staroci" + klasyków. Zadbam o zróżnicowanie by nie było zbyt nudno. Oto kilka propozycji:
Ulver - Childhood's End
Nie jest tajemnicą że znacznie bardziej odpowiada mi twórczość eksperymentalna tego zespołu. Nie jest też tajemnicą że podziwiam Garma zarówno tu i w Head Control System a także jego działalność w Borknagar czy Arcturus. I właśnie Arcturus i jak mniemam Pink Floyd odbijają się głośnym echem na tej płycie. Pomimo niezbyt przyjemnego z perspektywy czasu tytułu dźwięki sączące się z głośników przynoszą wyciszenie. Jedna z tych płyt których charakter najlepiej oddają słowa "reszta jest milczeniem". Bo po ostatnich dźwiękach ma się ochotę posiedzieć w ciszy i kontemplować ;)
Of Monsters And Men - My Head Is An Animal
W stacjach radiowych szaleje piosenka Little Talks - całkiem dobra i wpadająca w ucho. Ja pokochałam wideoklip. Wyglądający jak połączenie gry typu platformówka z animacją Burtona i ekipy od filmu Jak ukraść księżyc z mocną domieszką inspiracji mitologii nordyckiej. Właśnie ta mieszanka spowodowała że sięgnęłam po płytę. Islandczycy nie zawodzą. Jeśli ktoś lubi melancholijne klimaty to polecam. Jeśli ktoś twierdzi że pop nie może być ambitny... to również polecam celem wyprowadzenia z błędu
Ed Sheeran - +
Czyli odgrzewamy kotleta sprzed roku. Podobnie jak w powyższym przypadku zainteresował mnie wideoklip. A-Team czyli opowiastka o dziewczynie szukającej swojego miejsca a na finał umierającej z przedawkowania. Zakochałam się w ostatnim ujęciu gdzie duch dziewczyny unosił się nad miastem. Podobnie jak wyżej: pop może być ambitny. Rzekomo takich jak on jest na pęczki, ale widocznie jest coś co pozwoliło mi na niego patrzeć jak na kogoś jedynego i niepowtarzalnego.
Three Days Grace - Transit of Venus
Bez komentarza. Nie mogę uwierzyć że nigdy wcześniej nie słuchałam tego zespołu i dopiero teraz wtargnął do mojej świadomości robiąc tu nie lada bałagan i dostając się do listy ulubionych zespołów. Co prawda o odkrywczości nie ma tu mowy ale całkiem przyjemnie się słucha, hiciory też się trafiają więc nie ma na co narzekać.
Nightwish - Imaginaerum
Śmiem twierdzić że będzie to płyta roku w moim prywatnym zestawieniu. Nie mogę oderwać się od zwrotu concept album, bo wszystko jest tu bardzo spójne, jeden utwór... każdy riff wypływa z poprzedniego. I rozpływam się przy zakończeniu przebiegającym w iście filmowym stylu. Mimo że żartobliwie intro uważam za najlepszy album na płycie (bo Marco śpiewa po fińsku) to I want my tears back krąży za mną dalej mimo że od premiery minęło już trochę czasu.
Nick Cave and The Bad Seeds - Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus.
Wspomniałam o soundtrackach. Mimo że zawsze kilka się obraca nie będę o nich pisać. Zamiast tego uczynię słowo soundtrack punktem wyjścia do przedstawienia. Otóż utwór z tego pakietu znalazł się w filmie Harry Potter i insygnia śmierci pt 1. Melancholia filmu i sceny w której został umieszczony (scena której celu nie rozumiem, poza tym że jest tam piękny utwór) sprawiły że nie mogłam się uwolnić od O children i sięgnęłam po cały album by... nie móc się od niego uwolnić.

Koniec.

PS.: tak, cieszę się z faktu kręcenia nowych Gwiezdnych wojen. Nie: nie uważam że Kaczor Donald będzie biegał z mieczem świetlnym. Czego chcę od tych filmów? Kyle'a Katarna, Jadena Korra, X-Wingów, Hana Solo i Sokoła, więcej postaci kobiecych i epickiej historii.

niedziela, 11 listopada 2012

Blog a pamiętnik. Dwie różne rzeczy.

Przeglądam po raz n'ty Rozdroża czasu. Przyznaję że napisanie recenzji miało mnie uwolnić od refleksji na temat tej książki, bo znalazłam tam coś, czego się nie spodziewałam. A teraz dotarło do mnie całkiem nagle i niespodziewanie że czegoś mi brakuje a wspominanie po raz kolejny o tej książce to tylko punkt wyjścia do nieco głębszej aczkolwiek nie tak głębokiej że można utonąć refleksji.
Parę miesięcy temu przepuściłam przez niszczarkę wszystkie swoje dzienniki, przysięgając sobie że już nigdy więcej nie będę pisać czegoś takiego, a że lubię pisać to zostawię sobie bloga i na jedno mi wyjdzie. Teraz, odczułam że czegoś mi brakuje.
Blog to miejsce gdzie publikuję wszystko od opowiadań po wpół osobiste obserwacje na temat otaczającej mnie rzeczywistości. Internetowy dziennik/pamiętnik jak pokutuje stereotyp. Fakt że to coś wisi w przestrzeni jaką jest sieć skutecznie panuje moje zapędy nad rozpisaniem się na bardziej osobiste tematy. Nie potrafię tu się całkowicie uzewnętrznić i rozpisać na temat swoich rozterek tak, by przestać o tym myśleć.
Dziennika używałam po to by opisać co się aktualnie dzieje, co mnie boli, co mnie cieszy, jakie refleksje wywołuje u mnie film lub książka kto mnie wkurza bla bla bla bla bla bla bla... sratatata. ALE (wiem że tak się zdania nie zaczyna, młodzieży, zapamiętajcie to sobie) po pewnym czasie zaczęłam się męczyć i stwierdziłam że zajmuje to w szafce za dużo miejsca, ryzykuję że ktoś to przeczyta (a lubię skrobać piórem/długopisem po papierze), mam swój fioletowy szkicownik który zmienił się w poligon twórczy z różnych dziedzin (ostatnia recka też ma swoje źródło właśnie w tym zeszycie) a nawet w notes uczelniany w pewnym momencie. Zaczęło mi brakować klasycznego pamiętnika gdy zdałam sobie sprawę z tego że truję dupę innym o swoich problemach. Znajomym i przyjaciołom którzy mają własne sprawy, a ja jeszcze bawię się w wampira emocjonalnego.
Jednak przelanie czegoś na papier czy wypowiedzenie może i nie przynosi gotowego rozwiązania ale pozwala spojrzeć na coś z innej strony a w efekcie daje ogromny komfort psychiczny. I stang... chyba skoczę jutro... to znaczy dziś po nowy zeszyt.

czwartek, 8 listopada 2012

Jedi też człowiek

Paul S. Kemp, Gwiezdne wojny: Rozdroża czasu


"Ktoś potrzebuje pomocy… Pod wpływem silnej wizji Mocy Jedi Jaden Korr wyrusza na odległy księżyc, żeby rozwiązać zagadkę wzywających go głosów. Podczas wyprawy natrafia na pancernik Sithów sprzed pięciu tysięcy lat. Na jego pokładzie samotny Jedi stoczy pojedynek na śmierć i życie. To jednak nie statek jest największym zagrożeniem, lecz jego ładunek – który czyni wyznawców Ciemnej Strony Mocy niezwyciężonymi…"

Nagłówek Star Wars z pewnością implikuje do naszej świadomości to, że będziemy mieli do czynienia z czymś co pozwoli nam się oderwać od rzeczywistości i na pewno nie będzie od nas wymagało wysiłku intelektualnego. Dodatkowo mamy skłonność do zbytniego idealizowania głównych postaci Sagi. Wręcz obdzieramy ich ze wszystkiego co ludzkie, pozostawiając tylko ucieleśnienia konkretnych archetypów. Mówiąc bardziej dosadnie: zostają nam same wydmuszki pozbawione jakiejkolwiek głębi. Nie dopuszczamy faktu że pod tą skorupką bohater uniwersum może tworzyć swój wewnętrzny świat a także robić coś innego poza nałogowym ratowaniem świata. 

Przyznaję że podeszłam nieco sceptycznie do pomysłu podróży w czasie spowodowanej nieudanym skokiem w nadprzestrzeń (wiem że dla osoby niezwiązanej z tematem brzmi to co najmniej dziwnie) i zetknięcia „współczesnego” i antycznego Jedi. Okazało się, że czytałam zupełne inną powieść niż zapowiadał przytoczony opis ze strony wydawcy...

Jeżeli spodziewacie się po tej książce lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej to możecie się rozczarować. I chodzi mi tu o ton dla całości opowieści jaki nadaje postać głównego bohatera: Jadena Korra (znany nam skądinąd, głównie z gry Jedi Knight: Jedi Academy) . Główny protagonista tej historii to Jedi z problemami a raczej ich kumulacją. Nie dość że przechodzi kryzys egzystencjalny, rozważa problem Jasnej i Ciemnej Strony Mocy, na niedawno zakończonej wojnie podjął niefortunną decyzję której żałuje do tego stopnia że pewnie nawet nie jest w stanie spojrzeć w lustro i na dodatek doznał skrajnie realistycznej wizji (w tym uniwersum to norma). Jakby tego było mało, załamanie nerwowe zbiegło się w czasie z kryzysem wieku średniego. Przyznaję że na początku mnie to drażniło i stwierdziłam niewybrednie że Korr zachowuje się jak baba. Z PMS... Bo kto normalny wskakuje do rozklekotanego myśliwca i przemierza pół galaktyki by w wyniku następnych zdarzeń"zaciągnąć" się na pokład frachtowca należącego do... kosmicznych złomiarzy? Na dodatek zapłacił za ten z pozoru wątpliwy zaszczyt pięć kafli z góry.

Może już starczy tych złośliwości... Facetowi trzeba współczuć a ja się śmieję, na dodatek czuję że tonem wypowiedzi narażam się na lincz z rąk zagorzałych fanów Star Wars. 

Dzięki takiemu przedstawieniu główny bohater wydaje się bardziej ludzki - nie sprawia wrażenia chodzącej encyklopedii mającej gotową odpowiedź na każde pytanie. Dodatkowo klnie, pije alkohol i oszukuje w grach karcianych. Absolutne zaprzeczenie Jedi, które pewnie większość odbiorców nosi w głowach. Wikipedyczne objawy szoku pourazowego i uwypuklone przez to rozgoryczenie głównego bohatera tylko zwiększają ten kontrast. 

Co takiego zrobiłeś, Jadenie? Pyta w pewnym momencie Relin Druur – Jedi przeniesiony w czasie o pięć tysięcy lat – wtedy, kiedy dwa wątki się stykają. Druur też nie jest bez winy, właściwie jest bliżej niż dalej upadku. Widzi błędy Zakonu i stwierdza że nic się nie zmieniło. Po chwili dodaje odpowiadając tym samym na swoje pytanie: Coś, co zdyskredytowało cię we własnych oczach, mam rację? 

Gdy Jaden w skrótowej formie relacjonuje wydarzenia ze stacji Centerpoint (motyw przewijający się przez całą książkę) można odnieść wrażenie że podobną relacją mógłby nas uraczyć niejeden żołnierz który miał ostrzelać przeciwnika bo taki był rozkaz a tak naprawdę przyczynił się do ludobójstwa wybijając w pień wioskę lub obóz dla uchodźców. Autor w prostych słowach nadaje realizmu dodając jak zachowuje się główny bohater gdy nie tylko opowiada, ale sugerując że dosłownie wszystko wokół wywołuje w nim wspomnienie tamtych wydarzeń. Z technicznego punktu widzenia scala to całą opowieść.
Warto zwrócić uwagę na obrazowość tej krótkiej sceny która zapewne wyleciała by z filmu. Mimo oszczędności w słowach, opis jest na tyle sugestywny, że oczami wyobraźni obserwujemy całą tą scenę niemalże w taki sposób, w jaki ogląda się film. Z niezwykłą dokładnością jesteśmy w stanie odtworzyć każde ujęcie, mimikę postaci i ruch ręką który posłał w niebyt kilkanaście osób. 
Zaczynamy mu współczuć. Może nawet grzebać w pamięci i szukać wydarzeń o których wolelibyśmy zapomnieć, ale tkwią wypalone w pamięci i wracają do nas choć wcale tego nie chcemy. Wypowiedzenie przez Jadena na głos swojej historii przynosi uczucie katharsis ale nie dla niego, tylko dla nas – czytelników. Jak zauważyła moja koleżanka: biorąc pod uwagę iż  Jedi jest postacią w której skórę wchodzimy poprzez medium jakim jest gra komputerowa, samemu można dostać wyrzutów sumienia.
Wspomniana mimochodem walka Ciemnej i Jasnej Strony lub upraszczając problemu granic dobra i zła, zostaje przedstawiona w iście freudowski sposób, dodatkowo w konwencji horroru: zejdź do podziemi własnej psychiki, a powiem ci kim jesteś. Tak w skrócie można opisać tą scenę. W podziemiach opuszczonej imperialnej bazy oświetlanych jedynie przez blask zielonego ostrza miecza świetlnego, miejsca masakry od której opisów włos się jeży, bohater odnajduje swojego przeciwnika a następnie zostaje sam, pomiędzy dwiema żarzącymi się klingami symbolizującymi dobro i zło. Labirynt przesiąknięty smrodem trupów jest trafną metaforą zagubienia: człowieka który ma wątpliwości co do oficjalnej doktryny. Archetyp everymana w wydaniu Gwiezdnych wojen, podobny i całkiem różny od sceny w jaskini z Imperium kontratakuje.
Jakby komuś było jeszcze mało mroku, nie mogło zabraknąć konfrontacji Jedi i Sithów, którzy jak zwykle coś knują na Korribanie. Tym razem wysyłają za Korrem anzackie wampirozombie.
Dwojaki ton recenzji współgra z tym w jaki sposób ta książka jest napisana. W jednym momencie jest dość zabawnie. Nie da się uśmiechnąć przy motcie złomiarza Khedryna Faala (nic na siłę, wszystko młotkiem). Kapitan frachtowca Gruchot ze względu na ironiczne poczucie humoru przypomina Hana Solo. Zostaje skontrastowany ze swoim pierwszym oficerem Marrem, wybitnym matematykiem wrażliwym na moc, choć nieświadomym swojej umiejętności. Po chwili przestajemy się uśmiechać gdy akcja się rozwija. Gdy bohaterowie różniący się wszystkim zostają drużyną i muszą stawić czoła niebezpieczeństwu. Napięcie jest wtedy równe temu które towarzyszy oglądaniu horrorów czy filmów akcji. Nie wspominając o pełnych goryczy fragmentach z serii Cierpieniach Jadena Korra w średnim wieku – Werter w odległej galaktyce.
Co takiego zrobiłeś, Jadenie?
[…]
Coś, co zdyskredytowało cię we własnych oczach, mam rację?
To pytanie odbija się tym głośniejszym echem bo zadał je ktoś, kto przeniósł się w czasie o kilka tysiącleci i stwierdził że niewiele się zmieniło. Przenosząc to na warunki realnego świata: co by powiedzieli starożytni, gdyby przenieśli się w czasie do naszego wieku? Czy mieliby podobną refleksję że pomimo rozwoju technologicznego nie zmieniło się absolutnie nic...
Na zakończenie tego wywodu pragnę odnieść się do innego uniwersum zajmującego zasłużone miejsce w kulturze popularnej i nie tylko. Wspomniałam monolog Sama Gamgee z Władcy Pierścieni wygłaszany pod koniec drugiej części, Dwie wieże. Monolog o opowieściach tak strasznych, że baliśmy się poznać ich zakończenia. O bohaterach którzy mogli zawrócić ale tego nie chcieli bo mieli nadzieję i szli dalej. Nasz bohater stracił nadzieję co może w tym kontekście przerazić, jednak brniemy dalej by poznać finał opowieści. Nie wiemy czy Korr i jego kompani (nie mniej ciekawi niż sam Jedi) wyjdą z tego żywi, czy ostatnie strony będą tylko ich post mortem. Na szczęście to tylko pierwszy tom i nie koniec opowieści. Z niecierpliwością czekam na polskie wydanie Riptide. a jeśli nie wytrzymam do Bożego Narodzenia to zamawiam wydanie anglojęzyczne.

piątek, 28 września 2012

A NIECH MNIE! ZIELE GOTUJE (i nie odgrzewa mrożonek)

Pewne okoliczności sprawiły że musiałam przejąć część domowych obowiązków i zająć stanowisko bojowe  przy kuchence i zająć się czynnością której szczerze nienawidziłam  i unikałam jej jak ognia. Swoją drogą w jakiś tak sposób z tym ogniem zaczęłam igrać. Na moje (nie)szczęście okazało się że całkiem nieźle mi w tej kuchni idzie i... co gorsza: czynność przymusowa spokojnie może okazać się całkiem relaksującym hobby. Jedynym utrudnieniem jest to, że nie jestem w domu sama i nie mogę być egoistką i co gorsza: muszę myśleć o pozostałych domownikach.
I na tym jednym zdaniu mogę zakończyć swoje biadolenie. Gotowanie zaczęło mi sprawiać taką frajdę, że zaczęłam się zastanawiać nad założeniem drugiego bloga. Tym razem kulinarnego. Coś co swojego czasu było (i pewnie dalej jest) niezwykle modnym zjawiskiem. Jeżeli szuka się czegoś by przerwać rutynę, można poszukać właśnie czegoś takiego i za pomocą dwóch składników odmienić zwykłą pomidorówkę (której nie cierpię).
Dziś opublikuję (na zasadzie: podaj dalej) prosty przepis na smaczną, pożywną, wegetariańską zupkę. Przepis pochodzi z książeczki Wiosenne inspiracje (czym nie warto się przejmować, gdyż zupka bardzo fajnie rozgrzewa również w jesień i zimę ;)) wydawanej przez producenta przypraw Kamis.
Składniki:

  • 5 ziemniaków
  • 3 ząbki czosnku
  • 5 szklanek bulionu warzywnego z kostki (rozpuszczam kostkę w 5ciu szklankach co wystarcza)
  • puszka groszku zielonego
  • 0,5 szklanki śmietany 18%
  • 1 łyżka masła
  • pół łyżki mąki
  • sól
  • 1 łyżeczka rozmarynu
  • pieprz czarny mielony
  • kminek mielony (aczkolwiek cały też się sprawdza)
Sposób przygotowania:
Ziemniaki obieramy, płuczemy w zimnej wodzie i kroimy w kostkę, zalewamy wrzącym bulionem. Gotujemy. Po ok. 20 minutach dodajemy groszek
Czosnek obieramy, drobno siekamy lub miażdżymy w prasce i dodajemy do zupy. 
Masło mieszamy z mąką, dodajemy do zupy. Zagotowujemy, dodajemy śmietanę.
Przyprawiamy rozmarynem, mielonym kminkiem, pieprzem i solą.

poniedziałek, 24 września 2012

Krótko, zwięźle i w miarę na temat

Jakieś pół godziny temu skończyłam oglądać kolejną dawkę emocjonalnego ekshibicjonizmu na łamach programu Tomasza Lisa w TVP. Część drugą, dotyczącą zlizywania/dotykania pianki/śmietanki z kolan księdza w trakcie kocenia sobie darowałam. Dlaczego? Bo biorąc pod uwagę stereotyp jak bardzo zepsuta jest młodzież gimnazjalna i gadanie że to tylko kocenie dalej uparcie stoję przy swoim: to było poniżej jakiegokolwiek poziomu. Chyba się starzeję...
Wracając do tego co było wcześniej: sprawa Katarzyny Figury. Nie jestem zwolenniczką publicznego prania publicznych brudów, jednak Pani Katarzyna nie jest osamotniona i ta sytuacja dotyczy milionów kobiet nie tylko w Polsce ale i na całym świecie i jeżeli Jej publiczne wystąpienia mają coś... COKOLWIEK zmienić, nawet w niewielkim stopniu to powinna dalej działać. Cała sprawa pokazuje tylko jak poważnym problemem jest przemoc - zwłaszcza w rodzinie i w jak bardzo zakłamanym społeczeństwie żyjemy. Z jednej strony oskarża się nas że zakładamy maski ale tak naprawdę mało kto ma ochotę i ODWAGĘ by zobaczyć co druga osoba nosi pod maską, a gdy nagle ktoś sam ją ściąga tworzy się niezręczna sytuacja.
To moja opinia. 

piątek, 31 sierpnia 2012

Z cyklu osobistych: o tak zwanym "(niedo)rozwoju duchowym"

Za napisanie tej głupiej notki zbieram się cały dzień i mam dalej problem z ujęciem tego w subtelne słowa, bo zdaję sobie sprawę z tego, po jak cienkim lodzie stąpam. Do refleksji skłonił mnie komentarz Lucjana znaleziony pod tym postem. Pierwsze co mogę powiedzieć, że zatoczenie koła i powrót do etapu sprzed paru lat nie przyniósł nic interesującego, poza tym że lepiej będzie dla mnie i wszystkich jak pójdę dalej nie odkopując przeszłości...
Miało być o dysfunkcjach związanych z duchowością... Czy kogokolwiek zdziwi fakt, że słowa które zaraz wystukam na klawiaturze są efektem tego że rozbijałam się po paru stronach internetowych, lekturach paru książek dot. Słowian i nie tylko (czyli można powiedzieć że moimi osobistymi doświadczeniami). Nie jest tajemnicą że ostatnim znanym mi sakramentem jest pierwsza komunia święta, za to bierzmowanie już mnie nie spotkało.
Zabrnęłam w naprawdę dziwne rewiry takie jak Księga prawa Crowleya (do tej pory zastanawiam się czemu przepisywanie jej jest zabronione a swój egzemplarz należy zniszczyć) czy magię chaosu w teorii Phila Hine'a. Oczywiście nie przyniosło to nic, poza stwierdzeniem że to wszystko już gdzieś kiedyś było, tylko inaczej podane.
Zaczęłam szukać czegoś innego, co spowodowało że dziś jestem zmuszona napisać: mój rozwój duchowy zakończył sie na etapie... Gwiezdnych wojen. I nie powiem żebym płakała z tego powodu. Po prostu nie szukam metafizyki i nie uważam aby rozwój duchowy był jakoś powiązany z rozwojem intelektualnym jak się niektórym może wydawać. Nie wiem co ma wspólnego tarot z nauką, pracą i samodyscypliną chyba że bada się wpływ na jednostkę (gdy jest się psychologię/psychiatrą)/społeczność (gdy jest się socjologiem lub kulturoznawcą). Jestem w stanie zrozumieć medytację bo to naprawdę relaksuje, ale nie czaję tej całej okultystycznej otoczki z której się z reguły wyrasta.
Oczywiście to co napisałam wyżej nie znaczy że deklaruję się jako Jedi albo Sith, pomimo że znam kodeksy jednych i drugich na pamięć, co jest bardziej spowodowane graniem i czytaniem książek/komiksów sygnowanych logiem Star Wars ;)
Może parę lat temu szukałam granicy dobra i zła. Teraz jednak wiem jak bardzo podstępne potrafi to zło być i żadna teologia czy filozofia nie powie nam jak żyć i żadna ale to żadna książka nie powie nam czy słowa które słyszymy z ust drugiego człowieka są nektarem czy tylko wabikiem drapieżnej roślinki. Jesteśmy skazani na ciągłe ryzykowanie i dokonywanie wyborów. Do nas należy wybór ścieżki A lub ścieżki B a i tak nie będziemy mieli pewności czy wybierając lepsze rozwiązanie nie rozpętamy ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego (sorry za parabolę) Coraz lepiej rozumiem dlaczego życie to hazard.
Innymi słowy prostszymi i dosadniejszymi słowami: mam tą dziedzinę życia bardzo głęboko w poważaniu i bardzo dobrze się z tym czuję i nie uważam tego za objaw ignorancji xD
A jako że był temat Gwiezdnych wojen to macie ostatniego arta



piątek, 24 sierpnia 2012

W ripoście na słowa Cronenberga i wyprzedzając szczekanie o szkodliwości komiksów

W okolicy moich urodzin świat obiegła informacja o zamachu dokonanym przez Jamesa Holmesa (czy tylko mi się wydaje że to tak jakby połączyć nazwiska Sherlocka Holmesa i Jamesa Moriarty w jedno?) podczas premiery najnowszego Batmana aka Mroczny rycerz powstaje w reżyserii Christophera Nolana. Jak zapewne wszyscy pamiętamy że wariat podawał się za Jokera, czyli jednego z oponentów Bruce'a Wayne'a. W tym momencie zaczęłam mieć pewne obawy, że czeka nas mała powtórka z rozrywki i komiksy znów staną się nudne.
Wiedza podstawowa: w roku 1954 zostaje wydana książka Seduction of the Innocent autorstwa Fredrica Werthama. Herr Wertham rozpisał się na temat szkodliwości jaką niosą komiksy, tym samym przyczynił się do powstania komiksowego kodeksu ograniczającego możliwości twórców. Oto jakie postulaty zostały w nim postawione (powtarzając za Jerzym Szyłakiem):
·         zakaz ukazywania zbrodni w sposób budzący sympatię odbiorców;
·         nakaz pokazywania przedstawicieli prawa i władzy w sposób budzący zaufanie;
·         wyeliminowanie słów horror terror z tytułów serii;
·         usunięcie scen przedstawiających znęcanie się nad ofiarami, co dotykało również wilkołaki i wampiry:
·         siły nadprzyrodzone można było przedstawiać tylko i wyłącznie by podkreślić moralny wydźwięk historii;
·         zakaz używania słów uznawanych za wulgarne;
·         niedopuszczalnym było ośmieszanie religii i grup wyznaniowych;
·         zakaz ukazywania nagości;
·         zakaz przestawień scen miłosnych i gwałtów;
·         nakaz nacisku na wartości rodzinne w historiach miłosnych.



Jak widać nie ma tu miejsca na wolność słowa i swobodę twórczą. Mit Stanów Zjednoczonych jako kolebki demokracji został obalony na rzecz mitu państwa totalitarnego propagującego jedynie słuszną ideologię skostniałych konserwatystów którzy nie przyjmują słowa krytyki. Samodzielne myślenie zostało jednoznacznie potępione, a komiks również został trafiony Młotem Na Czarownice rodem z filmu Good Night and Good Luck. Jednocześnie jeden świr dał argument do rąk przeciwnikom komiksu uważając go za sztukę dla ludzi niewykształconych, głupich lub nieobliczalnych. 
Prawdę powiedziawszy obawiam się nie tyle cenzury czy ponownej degradacji komiksu i wprowadzenia kodeksu na nowo (bo zawsze jest underground gdzie trafi wszystko co oficjalnie zakazane). Obawiam sie nalotu fanatyków i moralistów którzy zaczną na siłę wciskać swoją jedynie słuszną rację, i nawet dysputa o wejściu komiksu na salony i galerii sztuki nie pomoże, zwłaszcza gdy oliwy do ognia dolał Pan Cronenberg. Pierwsza część wypowiedzi Ludzie, którzy twierdzą, że "Mroczny rycerz powstajeto wspaniałe dokonanie kinematograficzne, nie mają pieprzonego pojęcia, o czym mówią jest jeszcze do przełknięcia. Może dlatego że sama traktuję adaptacje komiksów bardziej jak rozrywkę niż wycieczkę do muzeum to część druga Filmy superbohaterskie zawsze będą tylko komiksami, a komiksy zawsze będą dla dzieciaków z naciskiem na  komiksy zawsze będą dla dzieciaków spowodowała u mnie otwarcie noża w kieszeni. Być może dlatego że nie uznaję komiksów za rozrywkę dla dzieciaków albo mam świadomość faktu iż to co w USA było domeną undergroundu, w Europie charakteryzowało komiksy dla dorosłych. 
Wartość artystyczna i estetyczna komiksu to temat na szerszą dyskusję i na pewno nie podzielę się większością wniosków teraz, gdy piszę na ten temat pracę magisterską i wypowiedź Cronenberga jest dla mnie niezwykle cenna i stanowi niezły punkt wyjścia dla tej pracy. 


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Drew Karpyshyn - Revan (recenzja)


Świat Gwiezdnych wojen już dawno temu wykroczył poza sferę filmu stając się zjawiskiem na szeroką skalę i prawdopodobnym tematem do dyskusji nie tylko dla krytyków filmowych ale i dla medioznawców, literaturoznawców czy socjologów. Twórcy multimediów odkrywają coraz odleglejsze i nieznane rewiry Galaktyki, zaglądają na najstarsze karty historii by tylko dostarczyć fanom jeszcze więcej rozrywki. W szczególności upodobałam sobie okres Starej Republiki. Uściślając: wydarzenia przedstawione w grze Knights of the Old Republic. Po raz pierwszy odpaliłam tą grę dość późno: cztery lata temu, jednak magia tego wydawnictwa sprawiło że naturalnym odruchem było sięgnięcie po kontynuację: The Sith Lords. A teraz trzymam w rękach książkę sygnowaną logiem LucasArt i Bioware, przypisaną do serii The Old Republic. Tytuł jest krótki, ale mówi chyba wszystko: Revan.
Drew Karpyshyn przybliża nam wydarzenia pomiędzy częściami KotORa, i wprowadza nas w rozdział MMO The Old Republic. Autor przeplata tu kilka wątków: pewien zbliżającego się niebezpieczeństwa i miotany urywkami wspomnień Revan wyrusza w podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości i tego, co sprowadziło go na ścieżkę ciemnej strony mocy. Równolegle poznajemy Prawdziwych Sithów zwyczajowo planujących swoje zawiłe intrygi gdzieś w Nieznanych Regionach. Tu postacią przewodzącą całej narracji jest Darth Scourge – ambitny Lord Sithów którego życiowym celem jest zasiąść w najwyższej Mrocznej Radzie.
Zaletą tej książki jest jej narracja i wartka akcja, wciągające od pierwszych zdań. Zadanie ułatwia iście filmowy montaż poszczególnych rozdziałów. Dodatkowo przywołanie postaci znanych z gier, w tym Wygnanej Jedi i mojego ulubieńca, Canderousa Ordo podziałało jak magnez który nie pozwalał się oderwać od książki. Również nowe postacie, głównie Lordowie Sith (Darth Nyriss i Darth Scourge) zapadają w pamięć. Chcemy poznać historię Revana i tego jaki związek z nim ma planowany przez odwiecznych wrogów Jedi spisek, a także (co chyba jest najważniejsze) kto jest dyrygentem a kto tylko marionetką.
Z niecierpliwością przechodziłam od strony do strony by w końcu dowiedzieć się w jaki sposób ich losy się spotkają i jaką rolę w tym wszystkim odegra Wygnana. I w końcu: nie możemy doczekać się rozwiązania intrygi planowanej przez Nyriss i tego, jaką rolę ostatecznie odegra w tym wszystkim Darth Scourge.
Przyznaję że odkąd tylko zapoznałam się z grą drażniła mnie jedna rzecz: jaki sens ma ustalanie jednego kanonu w grze o tak nieliniowej fabule? Jaki sens ma przydział w finale do frakcji czy płci? W momencie pisania tej recenzji ten zarzut uświadomił mi jeden fakt: Karpyshyn stanął przed niezwykle trudnym zadaniem zaadaptowania na warunki książkowe postaci którą każdy gracz interpretował na swój własny sposób (tak samo jak aktor wychodzący na deski teatru czy przed kamerę) – mówiąc dosadniej: każdy robił z tą postacią co chciał. Po lekturze powieści stwierdzam że ten krytykowany przeze mnie kanon ma sens. Autor wcisnął się w klimat gier, wyjaśniając elementy niedopowiedziane, rozjaśniając tajemnice nieco odczarował postać Revana, przy czym nie odebrał jej magnetyzmu.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Recenzja: Linkin Park – Living Things

Przy okazji A Thousand Suns miałam spore problemy by się przełamać i polubić a co dopiero pokochać zawartość tego krążka, jednak zbiór zbiegów okoliczności sprawił że płyta w końcu trafiła do mojego serca. Miałam pewne obawy że podobnie będzie z LT, jednak mimo obaw, sytuacja się nie powtórzyła. Nie wiem czy to z powodu przyzwyczajenia, zapoznania się z hordami innych wykonawców czy znowu zbioru zbiegów okoliczności sprzyjających słuchaniu tego co proponuje Linkin Park w najnowszym wydaniu.
Nie jest to płyta idealna. Jestem się w stanie zgodzić z jedną z forumowych opinii że płyta dobrze się zaczyna, jednak gorzej z zakończeniem. Najlepszymi z całego albumu są pierwsze cztery utwory, w tym singlowy Burn It Down. Otwierający Lost in The Echo zawiera w sobie coś z dubstepu, więc nienawidzący gatunek mogą sobie darować odsłuch. Następny utwór który przyciąga to Victimized. Krótki, szybki, agresywny nieco... thrashowy kontrastujący z następnym trackiem Roads Untraveled. Jak na ironię te dwa utwory mimo że tak różne zlały się w moich uszach i utworzyły spójną całość.
Tu znajduje się utwór który wywaliłabym nie tylko z całej dyskografii Linkin Park ale i wykreśliłabym podobne do niego z kart historii muzyki rozrywkowej, alternatywnej, poważnej... Skin to bone brzmi tak jakby pamiętał wesele Ciotki Stasi z Wypizdowa Dolnego koło Zadupia Górnego. Na szczęście zaraz nadchodzi rehabilitacja w postaci skromnego acz pokręconego i pełnego kontrastów Untill it breaks.
Materiał kończą Tinfoil (klimatyczne intro/przerywnik o postmetalowym duchu) i spokojny, działający jak całkiem przyjemna dla ucha kołysanka Powerless. Taki przyjemny finał, który powoduje że ma się ochotę po raz kolejny odpalić album.
Najwyższą wartość mają w mojej materialistycznej ocenie teksty, pełne emocji osoby rozczarowanej zachowaniem drugiej osoby. Możliwe że kiedyś bliskiej. Przykładając do nich miarę w postaci wyznaczników literatury popularnej można im śmiało przypisać funkcję konsolacyjną. Poklepanie po ramieniu ze słowami: spokojnie... Wszystko z Tobą OK. Masz prawo do zemsty. dranie są wszędzie ale po prostu się nie poddawaj. Nie warto się załamywać. A może to nie uniwersalizm, tylko po prostu kolejny zbieg okoliczności, że płyta pojawiła się wtedy, gdy potrzebowałam właśnie takiego tematu i stąd taki pozytywny odbiór? ;)

wtorek, 31 lipca 2012

Osobista nic nie warta wypowiedź o moralności (?)

Wczoraj korzystając z oferty pewnej komercyjnej stacji telewizyjnej obejrzałam Ofiary Wojny Briana De Palmy. Pod koniec filmu uświadomiłam sobie brutalnie że wpadłam w filmowe (i nie tylko) błędne koło. Złapałam się na tym, że ilekroć głównym tematem jest zwyczajne łajdactwo, (w tym wypadku słabo uzasadnione zemstą za śmierć poległego kolegi) tym częściej szukam czegoś czym zachwycałam się w dzieciństwie, czegoś co pokazuje że gdzieś na świecie są jeszcze ludzie... dobrzy. Tacy, którzy w razie potrzeby trzasną mnie w łeb i uświadomią że egoizm i dbanie tylko i wyłącznie o własny zadek zaprowadzą mnie tylko do upadku.A po takim powrocie do przeszłości szukam czegoś co przypomni mi o teraźniejszości i wyścigu szczurów. Znieczuli na codzienność.
Niestety stało sę tak że to upadek jest wzlotem. Już nie ma bohaterskich czynów, a każdy bez względu na pochodzenie jest tylko trybikiem w maszynie. Myśli tylko o sobie i jest w stanie wykończyć innych by osiągnąć swój cel. Wyścig szczurów wyścigiem szczurów... ale coraz częściej odnoszę wrażenie że właśnie okrucieństwo jest bardziej ludzkie od współczucia. Chyba dlatego tak lubię wracać do paru książek i filmów. Bo kiedy je czytałam i oglądałam, myślałam że jest inaczej. Może to i naiwne... Ale czasem chciałabym wrócić do dzieciństwa.

Na koniec zostawiam link do pewnego utworu od którego nie potrafię się uwolnić

poniedziałek, 16 lipca 2012

Dlaczego nie obchodzę urodzin?

Już za 4 dni będę o rok starsza. Zupełnie nie wiem z czego mam się cieszyć. Tak poza tym na brak radości z tego dnia składa się kilka innych czynników.
1. Mam urodziny w samym środku wakacji więc nie należy się spodziewać tłumów na imprezach.
2. W szkole podstawowej, gimnazjum i liceum delikatnie mówiąc za mną nie przepadano co składało się na kolejną okoliczność nie zapraszania ludzi. Zupełnie nie rozumiem dlaczego mam sponsorować żarcie ludziom których nienawidzę z wzajemnością.
3. Imprezy urodzinowe/imieninowe postrzegam jako powód dla obgadywania świętującego i zapewnienia im kilku tematów do dyskusji. Tematów takich jak: tort był za słodki, kanapeczki za słone, sałatka zbyt ostra, piwo za ciepłe a wino musujące z Tesco a nie prosto z Szampanii.
Zatem nie musicie wysilać się na życzenia czy prezenty, bo naprawdę wiem ile mam lat i coraz trudniej przychodzi mi "świętowanie".

piątek, 13 lipca 2012

ZAWIESZENIE DZIAŁALNOŚCI GRILLBARU

W związku z wakacyjnym rozleniwieniem i chwilowym brakiem weny ogłaszam zawieszenie cyklu GrillBar Marvel na czas bliżej nieokreślony. Całkiem możliwe że w zamian za to wcisnę kolejny cykl filmowy, albo tym razem muzyczny ;)

niedziela, 8 lipca 2012

Pieszy, kierowca, rowerzysta... czyli wieczny spór o prawo do bycia.

Najpierw oberwie się pieszym, bo sama przemieszczam się głównie na nogach. Jesteśmy irytującymi, nieodpowiedzialnymi debilami którym wydaje się że nie tylko chodnik ale BA! CAŁA DROGA, łącznie ze ścieżką rowerową i jezdnią należy do nas. Bo przecież my mamy pierwszeństwo i to kierowca ma uważać. Mogę dodać tylko: jeśli nie chcemy dożyć następnych urodzin to tak. Chcę dodać że są bardziej skuteczne sposoby na popełnienie samobójstwa takie jak podcięcie sobie żył. Nie rozumiem dlaczego z powodu czyjejś głupoty ktoś ma ponosić konsekwencje. Możemy się wpierdolić pod koła pojazdu. Przez nasze durne podejście cierpią kierowcy między innymi dlatego że coraz bardziej ogranicza się prędkość w mieście. Niedługo pewnie limit będzie wynosić 10 km/h. Efekt: co dwa miesiące wymiana silnika. A chciałam jeździć wozem z V8...
Najbardziej irytuje mnie gdy... młodzież gimnazjalna i nie tylko która przemierza chodnik zajmując całą jego szerokość i krzywo na Ciebie patrzy gdy chcesz przejść obok. Powód? oni są szlachtą, ty plebsem więc możesz przejść po trawniku. Jak trzeba to zajmą nawet ścieżkę rowerową i przypomną że miejsce rowerzysty jest na skraju drogi. Aż ma się ochoty zrobić z dupy takiego parking dla rowerów. I jeszcze w tej kwestii góruje MoHair. Tak. Ich bezczelność nie zna granic.
Rowerzystom zaś wydaje się że nie muszą znać przepisów ruchu drogowego, ale z drugiej strony nie mam ochoty ryzykować utraty zdrowia lub życia widząc pod krawężnikiem koleinę wypełnioną wodą. Przypominam pieszym że w takich sytuacjach rowerzysta MA PRAWO korzystać z chodnika.
Kierowcom się nie oberwie. Bo z reguły to oni najwięcej cierpią przez głupotę powyższych.
Życzę tym których lubię udanych wakacji, tym których nienawidzę: jak najgorzej i obym nie musiała Was więcej oglądać a cała reszta mnie nie obchodzi. Może się tu odezwę za miesiąc a może i wcześniej

środa, 4 lipca 2012

No to który to już raz z rzędu?


Nie wiem ile razy oglądałam Władcę Pierścieni. Nie wiem ile razy w roku sięgam po książkę by przypomnieć sobie ukochane fragmenty lub dlaczego tak bardzo uwielbiałam bohaterów ze świata Tolkiena. Nie liczę tego, bo liczba będąca sumą tego wszystkiego... jest dość wysoka. Tak jak liczba ogólnych publikacji dotyczących Śródziemia. I muszę się przyznać, że w sobotę znów usłyszałam ten głos mówiący że najwyższy czas wrócić do tej krainy dziecięcych snów. Najwyższa pora by przypomnieć sobie o bohaterach którzy pomimo trudności i groźby śmierci mogli zawrócić, ale nie chcieli.
A teraz złapałam się na tym, że napisałam durny i patetyczny wstęp do czegoś zupełnie innego. Otóż: za każdym razem gdy oglądam film, rytuał wygląda tak, że co jakiś czas wciskam przycisk pause i biegnę do szafki by wyciągnąć jeden z tomów z mojej małej tolkienowskiej kolekcji, zrobić małą analizę, odłożyć książkę na półkę, skończyć film, iść spać i obudzić się w rzeczywistości (nie będę wstawiać epitetów... Dopiszcie sobie własne).
I właśnie o analizę się rozbija. Mam zaszczyt przedstawić fragmenty analizy czołówki Drużyny pierścienia wykonanej na zajęcia o wdzięcznej nazwie: analiza filmu. Całość tej krótkiej pracy została oceniona na 5, więc chyba była coś warta. Co prawda zamieszczam tutaj wersję poprawioną (praca była pisana na 2gim roku). Poprawki zostały podkreślone.
Film Petera Jacksona jest adaptacją książki o tym samym tytule, której autorem jest J. R. R. Tolkien. Reżyser staje więc przed podwójnym wyzwaniem: musi zadowolić fanów powieści którzy nie koniecznie mogą być zadowoleni z wizji reżysera i zainteresować widza który nie miał wcześniej styczności z książką. Czołówka spełnia więc rolę wprowadzenia widza w świat Śródziemia, i objaśnienie: „dlaczego z powodu jednego pierścienia tyle zamieszania?”. Symbolika użyta w filmie nie jest skomplikowana. Wszystko to co jest dobre, jest wyniosłe, piękne i wyidealizowane. To co złe - pokraczne, brzydkie i przerysowane. Właśnie takie uniwersalne obrazy sprawiają że widz nie ma problemu z wejściem w świat przedstawiony, a dla kogoś kto książkę zna, gra taką samą rolę jak dodatek z jej początku, lub wiersz o pierścieniach.
Po zniknięciu z ekranu logo New Line Cinema, obserwujemy ciemny ekran na którym wyświetlają się napisy informujące nas o producencie filmu. W tle słyszymy delikatną muzykę i słowa wypowiedziane w obcym języku „I amar prestar aen” – jest to język elfów, a zdanie oznacza „świat się zmienia”. Monolog jest wypowiadany w dwóch językach: wyciszony elficki i angielski będący na pierwszym planie: „Świat się zmienia. Mówi mi to woda, mówi mi to ziemia, wyczuwam to w powietrzu. Wiele z tego co kiedyś istniało zostało zatracone, bo nie żyją już ci, którzy to pamiętali.” Warto skupić się na postaci prowadzącej wstępny monolog: to grana przez Cate Blanchett Galadriela, królowa elfów. Pomimo że na ekranie pojawia się rzadko, odgrywa ważną rolę w dziejach tytułowej Drużyny Pierścienia jak i całego Śródziemia. Jest nie tylko powierniczką jednego z trzech pierścieni elfów, ale to ona pomaga bohaterom w najbardziej dramatycznych momentach. W trakcie czołówki jest naszym przewodnikiem. Opowiada dzieje pierścienia.
„Zaczęło się od ukucia wielkich pierścieni” – wraz z tymi słowami na ekranie widzimy moment odlewania jednego z klejnotów. Po kolorze formy i widocznym fragmencie zdobienia, możemy przypuszczać że właśnie ten, przypadł Galadrieli. Następnie na ekranie obserwujemy wszystkich powierników:
- trzech wśród elfów (Gil Galad, Cirdan, Galadriela)
- siedmiu wśród krasnoludów
- dziewięciu wśród ludzi
Do monologu zostaje wprowadzona charakterystyka trzech 'głównych' ras w śródziemiu. [...].
Na większą uwagę zasługuje sposób  w jaki pokazano ludzi. Nie stoją oni w kręgu jak krasnoludzi czy elfowie, ale jeden z królów jest wyraźnie wysunięty naprzód a pozostali stoją za nim, po czterech z każdej strony. Być może reżyser chce nam zasygnalizować że ci królowie to Nazgule a król stojący na przedzie to ich przywódca: czarnoksiężnik z Angmaru. Tak samo istotny jest sposób w jaki zostają przedstawieni: „dziewięć pierścieni otrzymała rasa ludzi, którzy ponad wszystko pożądają władzy”. [...]
Po przedstawieniu powierników widzimy mapę Śródziemia. Dowiadujemy się czegoś więcej o pierścieniach – [...]. Kamera powoli przesuwa się w stronę jednego punktu, po czym obraz zostaje zaciemniony, a gdy się znów rozjaśnia widzimy jedną krainę: Mordor. Dowiadujemy się o tym, że został stworzony jeszcze jeden pierścień. Wykuł go Sauron, przedstawiony jako władca ciemności. Zostaje ukazany w płomieniach, kojarzącym się z ogniem piekielnym. Jego ciało jest ze stali a z głowy wyrasta mu korona. A w dalszej części filmu objawia się jako ogniste oko.  Zatem ogień jest tu bardzo istotnym elementem symbolicznym, ale nie chce mi się tego rozwijać.
Następnie widzimy sam pierścień, również pokazany w płomieniach. [...]W następnym ujęciu na pierścieniu pojawiają się znaki – głos Galadrieli „informuje” nas że napis znaczy „Jeden pierścień by wszystkimi rządzić”. Jest to fragment wiersza, zamieszczanego na początku książki (każdego z tomów). Właśnie dzięki tym znakom, Gandalf rozpozna pierścień.
Dowiadujemy się że dzięki pierścieniowi Sauron nie miał problemów z podbojem świata. Symbolizuje to pokazana mapa: w miejscu Mordoru pojawia się ogień, rozprzestrzeniający się na pozostałe krainy. Mapa przenika się z obrazem spanikowanych ludzi.
Przechodzimy do sceny bitwy Armii Ludzi i Elfów przeciwko Sauronowi. Polem bitwy jest miejsce w którym został wykuty pierścień - w Mordorze, pod górą przeznaczenia. Dzika armia orków atakuje jak lawina swoich przeciwników.  Na zbliżeniach obserwujemy ich brzydotę, będącą uosobieniem tego, co najgorsze. Tym też są orkowie, aczkolwiek o ich pochodzeniu dowiadujemy się dopiero pod koniec filmu. Zostaje to skontrastowane ze zdyscyplinowanymi armiami cywilizacji zachodnich (chociażby w momencie wydawania komend przez Elronda – wszystkie strzały zostają wypuszczone w tym samym momencie). Można tu się doszukiwać opozycji natura vs. Kultura ale biorąc pod uwagę zamiłowanie elfów do natury to droga przez mękę.
Gdy ludzie i elfowie jest bliskie, zjawia się Sauron. Początkowo jego nadejście zwiastowane jest zaniepokojeniem na twarzach Elronda i Elendila [...]. Sauron jest pokazany z góry, jest wyraźnie wyższy i potężniejszy od swoich przeciwników, których dosłownie miażdży swoją maczugą. Od ciosu ginie Elendil – ojciec Isildura. Sauron usiłuje zabić też jego, Isildur broniąc się chwyta za miecz ojca, który zostaje złamany przez Saurona, jednak nie przeszkadza to Isildurowi odciąć Sauronowi palców, w tym tego na którym jest pierścień. Sauron traci swoją moc. Złamany miecz, Narsil, jest ważnym elementem w opowieści. Symbolizuje dziedzictwo. Dzięki niemu Aragorn zasiądzie na tronie jako prawowity następca.
Pierścień trafia do Isildura. Wkrótce zostaje on zabity i osiada na dnie rzeki Anduiny.
Przy kolejnym ujęciu dowiadujemy się że pierścień przeleżał tam 2500 lat i po tym czasie, został znaleziony przez Golluma (co zostaje sprostowane w ostatniej części filmu), który strzegł swojego skarbu w Górach Mglistych przez 500 lat. Poznajemy kolejną właściwość pierścienia: przedłużenie życia.
„Mrok ponownie ogarnął lasy świata. Mówiono o cieniu na wschodzie. Szeptano o nienazwanym lęku. A pierścień władzy pojął że oto nadszedł jego czas.”
[...]Pierścień z własnej woli opuszcza Golluma, ale trafia do Bilbo Bagginsa (jak słyszymy: najmniej powołanego do roli powiernika). Z Oddali słychać skowyt Golluma, rozpaczającego nad stratą.
„Nadchodzi bowiem czas, gdy hobbici będą decydować o losach wszystkich.”
Przenosimy się w czasie o 65 lat od znalezienia pierścienia. Scena zaczyna się od pokazania nam Frodo Bagginsa, czytającego książkę. Zieleń jest tu kolorem dominującym. Kontrastuje z tym, co widzieliśmy wcześniej. We wprowadzeniu dominuje szarość, jakby miało to być podkreśleniem jak dawno miały miejsca te wydarzenia i jak mało osób o nich pamięta. [...]

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE!!!


A dlaczego postanowiłam to odgrzebać? bo już niedługo pojawi się reklama Coca Coli pt coraz bliżej święta, a ja będę śpiewać coraz bliżej Hobbit ;)

środa, 27 czerwca 2012

Koniec sesji, brak planów.

Oficjalnie zakończyłam dziś pierwszy rok studiów magisterskich. Jeszcze tylko muszę podjechać po ostatni wpis i oddać Zieloną Książeczkę Ze Zbędnym Świstkiem Papieru do dziekanatu. Póki co nie chce mi się pędzić do Katowic, więc wybiorę się tam już w lipcu. Statystyka końcowa zaskoczyła i mnie bardzo, zwłaszcza że na obecnej specjalizacji czuję się momentami jak przybysz z innej planety. 
Reasumując:
a) za rok o tej porze mam zamiar być po obronie;
b) piszę pracę magisterską na mój wymarzony temat więc wszystkie chwyty dozwolone;
c) to ostatni rok edukacji a postudiowałabym sobie jeszcze trochę (i nie mam tu na myśli powtarzania roku czy czegoś... o nie)
d) plany na wakacje wyglądają następująco: mecz, letnie kino, magisterka (sic!), szlajanie się bez celu, letnie kino, wystawa psów rasowych, wypad na Prometeusza i Dark Knight Rises, Celtyk nadrobienie zaległości książkowo-filmowych... jak widać niskobudżetowo. 
e) było ciężko ale wesoło
f) nawet nie patrzę co mnie czeka w następnym semestrze.
więcej nie chce mi się pisać więc wklejam fotki z poprzedniego celtyka.

niedziela, 10 czerwca 2012

Przed rozpoczęciem Euro zapoznaj się z ulotką bądź skonsultuj się z psychiatrą bądź farmaceutą...

Euro ledwo się zaczęło a ja już mam powody do narzekania. Na dodatek mam sesję i pieprzony długi weekend o czym mogę powiedzieć tylko tyle: kumulacja. Marzę o tym by na czas mistrzostw zapaść się pod ziemię i nie wiedzieć kto z kim gra. Niestety nawet ucząc się na jutrzejsze kolokwium jestem na bieżąco, bo pozostali domownicy (łącznie z psem) wykazali nagły wzrost zainteresowania czymś, co za oceanem zwie się Soccer.
Mieszkam na rozrywkowym szlaku Młodzieży Gimnazjalnej. Na moim osiedlu w każdy niemalże weekend dzieją się rzeczy piękne: podpalenie śmietnika, wysypanie zawartości kontenerów na jezdnię, śpiewanie polskich hitów lata, rysowanie samochodów... I to bez podjudzenia pod tytułem: wynik meczu. Przedwczoraj przez cały wieczór wysłuchiwałam hymnów pochwalnych ku czci naszej reprezentacji. Nie ukrywam że wg mnie żenująca była ta radość z remisu. To była jedna bitwa, a radość taka jakby wygrali całe to Euro.
Sytuacja przypomina Orwella. MUSISZ cieszyć się z powodu Euro 2012. MUSISZ iść do Strefy Kibica niczym na pochód pierwszomajowy bo jak tego nie zrobisz to wpadną do Ciebie z kałachem i pod groźbą kary śmierci opuścisz dom. To twój zasrany patriotyczny obowiązek. Jak nie lubisz piłki nożnej to jesteś Żydem albo Masonem. Na pewno nie masz polskiego obywatelstwa. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak poczekać na 7go lipca.

sobota, 2 czerwca 2012

Grillbar Marvel: babski wieczór

Dziś krótko. Zdecydowanie za krótko, dlatego pozostawiam ten wątek otwartym, czyli będę ten motyw rozwijać w kolejnych shotach.

Grillbar Marvel: Babski wieczór
Na ten wieczór Panie postanowiły zarezerwować lokal tylko i wyłącznie dla siebie. Okazja była wręcz wyśmienita. Logan i Rogers wpadli do Polski po nową dostawę bimbru... to znaczy... Walczyć ze sługusem Apocalypse'a. Frank słyszał że jest tam pełno złodziei z którymi wypadało by zrobić porządek, więc pojechał tam z nimi licząc na wsparcie sojuszników Stanów Zjednoczonych. Nikt nie wiedział co w niego wstąpiło że zagrał w ten sposób. Gambit wpadł do Luizjany a cała reszta facetów znalazła sobie inne zajęcia.
Za organizację poza barmanką czyli statystką z najdalszego backgroundu bla bla bla odpowiadały Pepper Potts i Natasha Romanoff, wbrew protestom przedstawicielek X Men czyli Rogue, Storm i Jean, występującej dziś jako Dark Phoenix. Wszystko spowodowane tym, że ta trójka z jakiegoś powodu nie mogła dogadać się z Betsy Braddock... i tradycyjnie z Mistique, która uparcie sprzeciwiała się zaproszeniu na imprezę dziewczyn pozbawionych nadnaturalnych mocy. Fakt że zwykłe osoby organizowały całą tą imprezę rozzłościł ją jeszcze bardziej. Aż tak, że Rogue postanowiła sprawdzić czy zostało jeszcze trochę Remedium z planu Ostatniego Bastionu. Jubilee stwierdziła że w końcu zna przyczynę tego konfliktu między X Men a Avengers... Pozostałe panie uznały to za przyczynę samobójczych prób Logana... który był zbyt twardy by odebrać sobie życie, aczkolwiek Silverfox miała inne zdanie na ten temat.
Na szczęście Psylocke i Mistique szybko wyszły, więc pozostałe panie szybko się dogadały. Tak szybko że w trybie natychmiastowym zaczęły pojawiać się inne bohaterki uniwersum. Jako że plotka o przygodach Logana rozeszła się szerokim echem, nie zaproszono nikogo z zewnątrz. Jean stanowczo odmawiała ubrania się w różowe ciuchy. Tak samo jak reszta Pań. Zwłaszcza gdy dotarła do nich część: różowy lateks/lycra. Wystarczyło im że to ich strój służbowy i nie miały ochoty tego nosić po godzinach.
Pomimo nadmiaru Papierologii Stosowanej na spotkanie wpadła Jane Foster, obgadująca tyłek Thora. Towarzyszyła jej Maria Hill, którą z dnia na dzień irytowało gadanie całej reszty świata że do jednego filmu musieli rozwalić pół Nowego Jorku. Wszyscy twierdzili zgodnie że było warto. Poza tym: zniszczyli tylko replikę!! Prawdziwy Nowy Jork miał się świetnie. Poza tym ich chwilowym zmartwieniem stała się Viper, znana też jako Miss Hydra. Na szczęście Wasp ją lekko użądliła i zrozumiała że nie jest tu mile widziana. Również Czarodziejka Amora – była dziewczyna Boga Piorunów która według plotek obecnie kręciła z Lokim, chciała wejść do knajpy na krzywy ryj. Na jej nieszczęście Sif i pozostałe Walkirie dogadały się z Jane Foster... Konsekwencje są łatwe do przewidzenia.
Po zażegnaniu sporów i wyproszeniu kilku nieproszonych gości, w końcu nadszedł czas na zasadniczą część imprezy. Myli się ten, że bohaterki zbiorowej wyobraźni organizują swoje cykliczne spotkania w typowy sposób czyli z kieliszkiem drogiego wina i wyciskaczem łez... O nie... Wyciskacz łez z reguły leciał tylko jeden, a następnie na ekran (czyli brudny kiedyś biały obraz) rzucane były filmy akcji, adaptacje w których one występowały i jakieś horrory. Przynajmniej takie były plany, a z reguły wyglądało to tak, że nawet bur... marszałek sejmu miałby problem z uciszeniem tego grona, gdyż Panie przekrzykiwały się wymieniając coraz to pikantniejsze plotki z życia swoich kolegów.
Czymże byłyby babskie spotkania bez rozmów o modzie... I to nie o fasonach, tylko o materiałach zapewniających wygodę w trakcie walki. Oczywiście panowała powszechna niezgoda na eksploatowanie lateksu, bo ten nie przepuszcza powietrza. Niestety podobał się facetom. Wolfsbane miała przynajmniej częściowo problem z głowy. Jedynym zmartwieniem Rahne był fakt, że nie za bardzo mogła zmieniać swoje wilcze umaszczenie... I musiała wybrać spośród kilku gatunków wilków, jeden konkretny wzór sierści. Uważała to za jawną dyskryminację osób dotkniętych lykantropią, pomimo że oficjalnie nikt nie miał nic przeciwko wilkołakom.
O wiele dłuższa i ciekawsza była dyskusja prowadzona na temat barw bojowych. Zdecydowana większość opowiadała się tu za codziennym makijażem w wersji bardziej intensywnej. Powód był prosty: po akcji bez problemu można wskoczyć na shawarmę. Zachowując anonimowość.  

środa, 30 maja 2012

Giganci ze stali, reż.: Shawn Levy, premiera: 6 września 2011

Przez ostatnich kilka tygodni miałam małe zamieszanie i brakowało mi sił i chęci by tu zajrzeć. Tak poza tym, jeśli ktoś to czyta to niech da jakiś znak, bo zaczynam tracić wiarę w sens prowadzenia tego bloga. Wracając... po opublikowaniu na fejsie statusu: I'm bored przeskoczyłam przez parę kanałów w tv i trafiłam po raz kolejny na Gigantów. I z chęcią obejrzałam krótki fragment, by po raz kolejny się uśmiechnąć parę razy...
Wielką frajdą było dla mnie oglądanie tego filmu, po raz pierwszy i kolejny. Nie wiem czy to zasługa Hugh Jackmana (nie kryję się z sympatią do tego pana) w roli głównej, wielkich robotów czy fabuły (ok... przesadziłam), ale oglądam ten film z przyjemnością. Pomimo że tag „familijny” działa na mnie odpychająco, całość oglądałam bez najmniejszego grymasu niezadowolenia, by w końcu dać się porwać.
Odnośnie fabuły: jest skrajnie przewidywalna. Charlie Kenton (Hugh Jackman) jest nieudacznikiem zarabiającym na cyrkowych (i nie tylko) pokazach walk robotów, popadającym w kolejne długi i raz na jakiś czas wpadającym do swojej dziewczyny, Bailey (Evangeline Lily). Chyba za bardzo nie przegnę jeśli napiszę że Charlie ma w sobie coś z Wolverine'a. Jest bardziej antybohaterem, mają całkiej podobne cechy charakteru i... o czym mało kto wie: Logan również zostawił swojego potomka. Z drugiej strony ten marvelowski anti-hero bardzo przylgnął do Jackmana. To koniec tej krótkiej dywagacji osobistej, czas na powrót do tematu... Czymś co mu jest zaiste bardzo potrzebne, jest konieczność opieki nad synem (Dakota Goyo). Dlatego w charakterystyczny dla siebie sposób załatwia kilka ciekawych umów i bardziej z obowiązku niż ze szczerej miłości zajmuje się dzieciakiem przez wakacje.
I tu powinno być miejsce na rozpisywanie się odnośnie tego, jaką wielką i wspaniałą przemianę przechodzi Charlie Kenton, ale w efekcie streściłabym większość filmu. Napiszę tylko że życie ojca i syna zmienia Atom – znaleziony na złomowisku robot sparringowy który... zrobi niezłe zamieszanie. Nie da się ukryć że ten uroczy bot budzi wspaniałe skojarzenie z Bumblebee, co absolutnie nie jest zarzutem. Atom rozczula widza w identyczne sposób, sprawiając że Bee ma nad nim tylko jedną przewagę: zmienia się w Chevy'ego.
Motyw mechów jest równie istotny co rodzinne perypetie bohaterów. Bo drugim rdzeniem i zdecydowanie bardziej interesującym (jak dla mnie) są walki robotów, które zdetronizowały tradycyjny boks (akcja filmu toczy się w niedalekiej przyszłości). Praktycznie poza wprowadzeniem nowych zabawek i dyscypliny sportu świat się niewiele zmienił. Szczerze powiedziawszy jest to chyba najbardziej prawdopodobna wizja przyszłości, dzięki której całość wygląda wręcz swojsko, a jednocześnie jest wspaniale upiększona.
Do tego należy dorzucić dobrą muzykę i mamy całkiem przyjemny film z pogranicza kina familijnego, akcji i science fiction. Przewidywalny do bólu... fakt...
Podsumowując: Real Steel to przyzwoity film familijny po który spokojnie każdy może sięgnąć. Wystarczy wrzucić na luz, chęć relaksu i dać się ponieść wydarzeniom filmowym, a świetna zabawa gwarantowana.

poniedziałek, 21 maja 2012

GrillBar Marvel: mężczyznom do twarzy w różowym.

Wyjątkowo umieszczam tu napis +18
Nie wiem czy jest to spowodowane specyfiką studiów czy może dosypują czegoś do produktów z bufetu tudzież coś wisi w powietrzu, ale raz na jakiś czas (a raczej całkiem często), przychodzi taki moment, w którym nam odwala. Pewnego dnia zaczęłyśmy szukać z Zuzą „Iro”... zastosowań dla adamantowych szponów. Uznałyśmy że doskonale się nadają do golenia, krojenia, zabijania, wyłączania budzików, pokazywania międzynarodowego znaku pokoju, mogą zastąpić kluczyk. Zabawka ta ma jednak wady gdyż z pewnością może być kłopotliwa przy obsłudze kompa czy łapaniu dzieci, a z całą pewnością absolutnie nie nadaje się do jednej rzeczy, której poświęcony jest ten krótki epizod.
Przy okazji ten krótki shot jest pretekstem do parodii i lekkiej szydery z pewnego popularnego (zwłaszcza wśród dziewczyn) rodzaju fanfikcji... którego ja nie potrafię stworzyć.  
  

GrillBar Marvel: mężczyznom do twarzy w różowym.
Nigdy więcej randek z fankami... Logan nie rozumiał działania praktykowanego przez większość rockowych zespołów, którzy śmiało mogliby stworzyć książkę telefoniczną z danych dziewczyn z którymi lądowali w łóżku/na pryczy/w innym klopie tuż po zakończeniu koncertu. Taka książka wzbogacona o wymiary, rozmiary staników (kolor oczu jest zbędny, bo wątpliwym jest to, czy panowie w ogóle zwracają uwagę na kolor tęczówek swoich groupies) odniosłaby prawdziwy sukces komercyjny i nie tylko.
Nie że Logan był przeciwnikiem perw... wolnego seksu... Sam często rozmyślał nad spędzeniem dzikiej nocy z Jean Grey. Preludium tej fantazji erotycznej było dość brutalne zabicie Cyclopsa. Jednak po wczorajszej nocy całkowicie nie miał ochoty na tego typu atrakcje. Teraz zastanawiał się kto: a) jest w stanie wypić tyle by znieść jego tempo (Polacy do GrillBaru nie mają wstępu), b) czy ktoś w ogóle będzie chciał go słuchać, bo ta opowieść prosiła się o przekazanie dalej. Rozejrzał się więc za kimś kto ma nad głową napis „badass” i „żyję w celibacie”. Jakie było jego zdziwienie gdy zobaczył tą konfigurację nad Frankiem Castle, który aktualnie podchodził do baru, by dosiąść się do jednej z niewielu osób które tolerowały jego obecność w popkulturze.
- tak myślałem że dołączysz, Castle. Masz nad sobą napis „dupek” – przywitał go jak zwykle uprzejmy Logan
- A ty „nie potrafię wychować swoich klonów” i „nie wiem czemu na tumblr.com piszą listy do BRAVO zaczynające się od Dear adopted dad Logan...
A „nigdy więcej seksu z fankami tam nie ma?”
- Coś tam miga w rogu kadru.
Wolverine uderzył się w głowę by zmienić położenie tego napisu i zwielokrotnić efekt dla swojej opowieść.
RETROSPEKCJA
Wejścia Wolverine'a do baru z reguły nie były zbyt spektakularne, ale wywoływały spore poruszenie. Cieszył się statusem gwiazdy również wśród innych bohaterów uniwersum. Przynajmniej nie martwił się o drinki... Czasem też zdarzało się tak, że jakaś fanka wysyłała do uniwersum swojego awatara z reguły po to, by spędzić z nim noc. Niestety te awatary były dla niego zbyt realne, więc zostawiał tylko hologram od Lokiego (jeżeli zrobił coś przydatnego dla tej planety to właśnie to), a sam pił dalej. Głównie z Frankiem i Thorem.
Nie rozumiał za bardzo dlaczego fanki trafiały AKURAT do tego baru, który przecież miał być schronem przed nimi. Nie rozumiał dlaczego tak bardzo się nim interesowały, i w końcu: dlaczego hologramy nie wracały? Postanowił to sprawdzić. Okazja nadarzyła się gdy do baru dosiadła się ponętna ruda dziewoja (tu jest miejsce na konkretyzację). Z pewnością nie pochodziła z tego uniwersum. Zdecydowanie była fanką i co najważniejsze: była nim zainteresowana. W tym właśnie momencie pomyślał: czemu by nie? Gdyby tylko wiedział na co się pisze... Bo nagle znalazł się w czasach zaraz po pokryciu jego szkieletu adamantium. A (jak nie trudno się domyślić) nie najlepiej wspominał akurat ten okres w życiu.
Po krótkim marszu dotarli do jakiegoś mieszkania, którego Wolverine w życiu by tak nie urządził. W skrócie: jego wystrój przypominał XIX wieczny, podrzędny burdel. Dziewczyna zaryglowała drzwi i wtedy pożałował swojej decyzji. Zwłaszcza że zaczęła coś chrzanić na temat tego że wie co go spotkało, pomoże mu odnaleźć swoją tożsamość (WŁAŚNIE!! nagle zapomniał kim jest)... W sumie to postanowił jej wysłuchać. W sumie odzywały się w nim zwierzęce instynkty... Usiadł na kanapie w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń, bo jej gadulstwo tymczasowo powodowało u niego zmniejszenie popędu seksualnego. A wyglądało na to, że jeszcze przez jakiś czas będzie zmuszony słuchać tej przydługiej listy miejsc i nazwisk i zdarzeń których dziewczyna była rzekomym świadkiem. Rzekomo... Niezależnie od wszystkiego, pamiętał że fanki lubią zmyślać. I że lubią robić z siebie ostatnią deskę ratunku... Cóż... dziewczyna była naprawdę hot... Postanowił więc dłużej nie czekać. Podniósł się z kanapy i powolnym krokiem zbliżył się do niej. Już po chwili zmuszał ją do wycofania się pod ścianę.
Zdał sobie sprawę z tego, że wyglądała tak, jakby dokładnie tego oczekiwała. A zatem już wiedział że równie dobrze mógł wysyłać swoje hologramy bo oto... wyrwał się z masowej wyobraźni do jej wyobraźni. Zatem kontrolowała go, jednak Logan był zbyt niezależny by się w to bawić... Na jej zasadach. Nie wziął pod uwagę że dziewczyna jest jednak bardziej ekstremalna niż mu się mogło wydawać, a wydawać mogło się dużo. Co prawda nie miała szponów jak Lady Deathstrike, jednak bez tego jej paznokcie mogły go pokaleczyć tak, że nawet on będzie miał problem z wyleczeniem ran.
Wszystko układało się nieźle. Cała gra wstępna składająca się ze skrajnie obscenicznych macanek, niekończącej się serii pocałunków wzbogacanych podgryzaniami po których ślady z pewnością zawstydzają wampiry i nie-czułych a wulgarnych słówkach w końcu dotarli do sypialni. Jedno jest pewne: 16 letnie fanki by na to nie wpadły bo to zbyt... wyuzdane, nawet jak na ówczesną młodzież. Wielkie łóżko na środku pomieszczenia mogło okazać się za małe i niezbyt bezpiecznym miejscem. Sama akcja również mogła obfitować w atrakcje. Wolverine miał tego pełną świadomość.
Niestety problem zaczął się gdy dziewczyna wymogła na nim użycie prezerwatywy. Jej truskawkowy smak był niczym, w porównaniu do tego wściekle różowego koloru. Nawet to, nie było przeszkodą dla erekcji tuż po zrzuceniu z siebie ubrań. Problem był tylko jeden: nie tylko przyrodzenie postanowiło powstać. Również szpony dały o sobie znać. Jak wiadomo latex i adamantium to słabe połączenie. Zwłaszcza w sytuacji sam na sam. Z kobietą. I w tym właśnie momencie problem z prezerwatywami zaczął rosnąć do skali wręcz kolosalnej. Logan czuł że groźba kompromitacji wisiała nad nim niczym trupia czacha na koszulce/kamizelce kuloodpornej Castle'a... „Frank... nawet tutaj musisz mnie prześladować”. Jednak nie zaprzątał sobie tym zbyt długo głowy. Niestety szpony w tym momencie całkiem odmówiły posłuszeństwa, i Logan musiał jakoś naciągnąć ten głupi kawałek lateksu, co szpony mu skutecznie utrudniały. Dziewczynie niezbyt to przeszkadzało. Widać lubi zabawy w stylu BDSM. „Brakuje Deadpoola... byłby niezły trójkąt...” pomyślał.
Po ułożeniu prezerwatywy między szponami, uznał że ma już za sobą połowę sukcesu... oto z drżącą ręką przystąpił do przymiarki. Metal był tak ostry, że jeden niewłaściwy ruch może spowodować kastrację permanentną. Moment krytyczny nastąpił gdy dziewczyna zwróciła uwagę na fakt że niezwykle wygląda w żółtej lycrze, która w piękny sposób podkreśla jego górę mięśni. I że w sumie ma ze sobą jego kostium uszyty z różowej. Wtedy stracił panowanie nad sobą, kalecząc się w kilku miejscach... Ale przynajmniej schował szpony. Będzie musiał nauczyć się kontroli nad sobą...
 POWRÓT
- chcesz słuchać dalej, Castle?
- Nie... Możesz mi oszczędzić szczegółów ze swojego życia. Swoją drogą masz przerąbane z tym adamantium...
- Mnie to mówisz? Już wiesz dlaczego nie lubię fanek?
-Czy ty w ogóle kogoś lubisz?

sobota, 12 maja 2012

Korowód superbohaterów (The Avengers, reż.: Joss Whedon, 2012)

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY

Czy idąc na adaptację komiksu spodziewamy się czegoś ambitnego? Nie. W głowach już mamy gotowy obraz totalnej rozróby połączonej z ogólną demolką. Dodatkowo widzimy też twórców zacierających ręce na samą myśl ze sprzedaży biletów, płyt, zabawek, kubków i innych gadżetów powiązanych z często kultowymi postaciami – Ameryki nie odkryję że bohaterowie komiksów idealnie trafiali w moment dziejowy i potrzeby społeczeństwa. Pytanie brzmi czy są nam jeszcze potrzebni?
Na film szłam w jednym celu: zrelaksować się w piątkowy wieczór, by obejrzeć kiczowaty, wysokobudżetowy komiks na ekranie z wielką rozwałką na końcu. To nie jest kino artystyczne czy coś przed co można dodać słówko ambitny a wręcz przeciwnie. Pewnie przez większość i tak wydanie trochę kasy by zobaczyć superbohaterów będzie czymś żenującym. I szczerze powiedziawszy nie obchodzi mnie to, nie zamierzam bić się w pierś i powtarzać mea culpa z tego powodu. Funkcję eskapistyczną kinematografii i literaturze cenię sobie ponad wszystkie inne, dlatego zarezerwowałam sobie bilet i po zajęciach pobiegłam do kina. 
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam skład: Thor (Chris Hemsworth), Iron Man (Robert Downey Jr), Hulk (Mark Ruffalo), Black Widow (Scarlett Johanson), Hawkeye (Jeremy Renner) i Captain America (Chris Evans), zadałam sobie pytanie na wpół ironiczne: czy więcej ich nie mogli wcisnąć? Pewnie by mogli, ale Marvel kombinuje z prawami autorskimi. Poza tym czy ta radosna ekipka nie spowoduje zbyt dużego tłoku na ekranie? Na obawach się skończyło. Każdy z bohaterów dostał swoje pięć minut na ekranie, a sceny w których zjawili się w komplecie (choć nikłe) wyglądały dobrze.
Loki jako mistrz zła również wypadł rewelacyjnie, choć jego rogaty hełm nie jest zbyt filmowy. Jednocześnie jest to ciekawa postać, której można by poświęcić więcej uwagi np.: w kontynuacji Thora. Sam bóg piorunów nabrał rozwagi w podejmowaniu działań przeciwko swojemu bratu który jest prawowitym królem manipulacji i podjudzania przeciwko sobie.
Moją sympatię kupił też Bruce Banner znany również jako Hulk, który na komendę smashed zareagował pięknym uśmiechem i (nie chcę za bardzo spoilerować) całkowicie poważnie podszedł do wykonania zadania. Jednocześnie muszę wspomnieć o tym, że wraz z Tonym Starkiem stanowili idealny duet naukowców. Z jedną różnicą: Banner starał się zachować stoicki spokój (z wiadomych względów) a Downey Jr nadał swojej postaci jeszcze więcej ekscentryzmu. W pewnym momencie odniosłam wrażenie że scenariusz był pisany pod niego (dostał najlepsze odzywki), a nie pod Evansa który ponownie wcielił się w Steve'a Rogersa. Przypominam że film miał się toczyć z perspektywy Kapitana Ameryki, a tymczasem śmiało można tu mówić o polifonii. Sama postać Rogersa wprowadza kontrast i dyskurs pomiędzy tym co było a tym co jest. W końcu to Pierwszy Mściciel i pierwszy superbohater który wyszedł ze stołów kreślarskich grafików i scenarzystów Marvela, co oczywiście również zostało nakreślone w filmie. Swoją drogą jakie byłoby to uczucie spotkać swojego komiksowego idola z lat dziecięcych? Fajne, prawda? ;)
Spodziewałam się większej niejednoznaczności w postaci Nicka Fury (Samuel L. Jackson). Być może wrażenie to jest spowodowane niedawną lekturą Ewolucji.
Nawiążę lekko do Transformers 3. Już na trailerze The Avengers można było dostrzec stwory łudząco podobne do okrętów wojennych Sentinela Prime. Pełniły też dość podobną funkcję, ale tu było potrzebne coś więcej niż małe robociki by je wykończyć. Również Portal Lokiego i Spacebridge z produkcji Baya były do siebie dość podobne. Zanim padnie oskarżenie o plagiat chcę zauważyć że na końcu napisów animowanych Transformerów z lat '80 widnieje „logo” Marvel, a to wydawnictwo zajmowało się również komiksami o Cybertronianach. Muszę (z całą swoją sympatią do mechów) stwierdzić, że widokówka Michaela Baya wypadła dość blado w porównaniu do tego co zaproponował Joss Whedon.
Do dychy na filmwebie zabrakło jednego punktu. Muzyka nie została mi w pamięci. Dosłownie wyparowała mi z głowy tuż po wyjściu z kina i nie wiem co mam o niej napisać.
Wracając do podstawowego pytania o to czy obecnie znajdzie się jeszcze miejsce dla superbohaterów: nie wiem na ile rekordy otwarcia w box office są wynikiem kampanii reklamowej i szykowania ludzi do tego apogeum od 2008 roku, czy faktycznym zapotrzebowaniem, ale frekwencja jest faktem. Czy możemy się utożsamić z ekscentrycznym miliarderem, nordyckim bogiem, wielkim zielonym stworem, reliktem II Wojny Światowej, szpiegiem rosyjskiego pochodzenia i Łucznikiem Wyborowym? Otóż tak. Zacznę nieco od końca: Hawkeye i Black Widow – (idąc najprostszym i najbardziej banalnym tropem) ich relacja pokazuje że zawsze jest czas na zmianę i od człowieka zależy czy wykorzysta drugą szansę. Steve Rogers zachowuje się jak dziecko we mgle. W końcu spał ponad 70 lat, ale obecnie gdy wiele wartości straciło na znaczeniu, coraz trudniej jest odnaleźć jakiś punkt zaczepienia. Bruce Banner to klasyczna inkarnacja Doktora Jeckylla and Mr. Hyde'a. W ciele tego wybitnego naukowca kryje się bestia która wychodzi na światło dzienne w chwilach gniewu. Znacie to? Thor wcale nie jest taki nieomylny i wszechmocny jak wypada bogom, co czyni go po prostu bardziej ludzkim i przystępnym. Tony Stark w takim razie trochę tu nie pasuje, jednak budzi sympatię swoim stylem bycia. W pewnym sensie jest spełnieniem marzeń, a przynajmniej operuje zabawkami o których możemy pomarzyć.
Może brakuje nam mitów i wzorów, dlatego tłumy tak chętnie pobiegły do kin. Być może jest to kwestia pewnych wartości albo tylko lubimy patrzeć na bohaterów. Zakończenie niestety częściowo pokazuje że niekoniecznie potrafimy tolerować inność, ale z drugiej strony chcemy tych superbohaterów nie tylko oglądać, ale by byli wśród nas, i może właśnie w tym należy szukać przyczyny sukcesu The Avengers. 


PS: nie pamiętam kiedy ostatnim razem zgadzałam się z pisma... krytyką w takim stopniu jak w przypadku tego filmu. Spodziewałam się raczej zjechania całości z góry na dół.

PS2: Słucham właśnie muzyki z filmu, i jestem w stanie podnieść ocenę na filmwebie. 

piątek, 4 maja 2012

Czy za miesiąc jest olimpiada?

Oficjalnie "bojkotuję" Euro 2012 nie z powodów ideologicznych, społecznych ekoterrorystycznych. Po prostu piłka nożna mnie nie interesuje a organizatorzy i politycy stanowią kolejną grupę której mam do powiedzenia a raczej powtórzenia mój ulubiony cytat z X Men - pierwsza klasa. Oczywiście z pewnych względów byłam niemalże na bieżąco z postępami a raczej brakiem postępów w przygotowaniach do Euro. Oto kilka obserwacji i odczuć:

  1. Odkąd tylko ogłosili że organizatorem będzie Polska, wiedziałam że Majowie mieli rację z tym końcem świata w 2012. Wzięłam przykład ze Starożytnych i zaczęłam wieszczyć wielką katastrofę. 
  2. Kiełbasa wyborcza była dobra? Cóż.... wczoraj w programie kabaretowym padła teoria że Chińczycy nie zwiali... oni tylko uznali że skończyli robotę, widząc inne polskie drogi. 
  3. Ukraina - to nie Niemcy a ekolodzy pierwsi zaczęli nawoływać do bojkotu mistrzostw, z powodu sposobu w jaki nasi wschodni sąsiedzi radzą sobie z bezpańskimi psami. Czyli można tu zacząć mistrzostwa: kto pierwszy...
  4. No dobra, stadiony jakieś mamy, Pyrzowice wyglądają ładnie, ale na szczęście w mojej okolicy nie będzie tej parodii...
  5. Czy Wy naprawdę myślicie że Polacy wyjdą z grupy? Tu jest odpowiedź
Oburzenie w związku z hymnem na Euro jest co najmniej nie na miejscu. Dlaczego? Biorąc pod uwagę powyższe podpunkty, oficjalnym logo i maskotką tych mistrzostw powinien być Trollface, a piosenka jest całkiem adekwatna bo... Taka trochę wiocha, jak mawiał Król Julian...

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

O efektach bezstresowego wychowania

Opowieść to krótka i zaczynająca się w typowy sposób a morał jest niezbyt poprawny politycznie. Zacznę od tego, że zaczyna się mój sezon na rozpaczliwe poszukiwanie cienia i chroniczny ból głowy spowodowany nadmiarem słońca. Pogoda nie zależy jednak od człowieka, więc ok. Przetrwałam upały w latach poprzednich, przetrwam i teraz. Jednak dziś miałam wrażenie że nie przetrwam zwykłej wizyty w pewnej popularnej sieci sklepów samoobsługowych i to nie z powodu wysokiej temperatury.
Po wejściu do sklepu w trybie natychmiastowym dostałam wizualnego kopa w mordę na który zareagowałam w myślach słowami are you fuckin' kiddin me, bitch? I nie był to pan zakładający skarpety do sandałów. Przed rozwinięciem dodam, wrażenie zostało spotęgowane przez efekty dźwiękowe...
Otóż na dzień dobry dostrzegłam mamuśkę której poleciłabym skorzystanie z porad Wujka Goka Wana, ale wygląd naprawdę nie gra tu roli... Otóż Pani ta, przyszła do sklepu wraz z trójką dzieci, swoją córeczką i dwójką synów znajomych co wnioskuję z wypowiedzi. Dzieci te w trybie natychmiastowym rozbiegły się po całym sklepie, robiąc przy tym więcej hałasu niż cała moja klasa z podstawówki (aniołkami nie byliśmy). Dobiciem było to, że dziewczynka poruszała się po sklepie... na rowerku. Miałam ochotę wrócić się i wyjść by sprawdzić czy przypadkiem nie ma na drzwiach naklejki zakazującej jazdę na rowerze po sklepie, ale niestety Darek nie chciał otworzyć drzwi (aluzja do filmu Job czyli ostatnia szara komórka). Zatem gehenna miała się dopiero zacząć, a już zastanawiałam się kogo najpierw trzasnąć.
Miałam kupić zaledwie trzy rzeczy, usytuowane mniej więcej w odległości pięciu metrów od siebie i po każdym wyjściu z odpowiedniego działu potykałam się o kogo? Oczywiście o koncentrat pierwszej klasy podstawówki. Ochroniarz miał związane ręce, gdyż kobieta była 3 razy większa od niego a ja wyglądałam przy niej jak hobbit a w dowodzie w rubryce wzrost mam wpisane 168 cm, czyli nie jest źle. Ucieczka do kasy niezbyt mi pomogła, gdyż dzika horda dotarła tam po paru sekundach... tak, i do tej samej kasy. Z Panią Kasjerką byłyśmy bliskie przejścia na tryb języka migowego, gdyż wszelka inna komunikacja okazała się być niemożliwa. Zapłaciłam szybko za wybrane produkty, spakowałam się do magicznej damskiej torebki i uciekłam ze sklepu, modląc się by ta banda za mną nie szła.
Upał stał się nieistotny. Zastanawia mnie skąd się to wszystko bierze? Doskonale rozumiem że dzieci muszą się wybiegać, wykrzyczeć, wybawić mówiąc ogólniej wyszaleć ale coraz częściej przyprawiają tym o obłęd innych. Pewnie łatwo jest mi mówić bo nie mam swoich dzieci i nie wiem czym jest trud wychowania, ale i tak się wypowiem: samowolka nazywana bezstresowym wychowaniem jest utopijnym mitem. Znacie tą miejską legendę o chłopaku który w środkach komunikacji miejskiej przykleił gumę do żucia matce niegrzecznego dziecka mówiąc że on też był wychowywany bezstresowo?
Żeby nie było że jestem stronnicza i brak u mnie zrozumienia: miałam krótki i to bardzo epizod polegający na pracy z dziećmi, a raczej na pomocy przy tym. Byłam przerażona, jednak strach szybko minął gdy zapoznałam się z podopiecznymi. Nie mówię że nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy, ale te dzieciaczki były po prostu kochane, głównie dlatego że przypominały moje albo i starsze pokolenie. Potrafiły się bawić a jednocześnie nie nosiło ich wszędzie gdzie popadnie wprowadzając zamęt.
Jak widać melduję się tutaj więc w psychiatryku mnie nie zamknęli. W tym tygodniu planuję napisać i opublikować czwarty epizod GrillBaru Marvel i może jakąś recenzję.