czwartek, 22 września 2011

Znikający punkt, reż.: Richard C. Sarafian, rok: 1971


Jestem blacharą, ze sprecyzowanym gustem. Bynajmniej nie „lecę” na osiemnastoletniego Opla Astrę po wiejskim tuningu. Przyznaję się do tego że szybsze bicie serca powoduje u mnie widok amerykańskiego muscle cara i podnieca mnie ryk silnika V8. Pomimo że podobają mi się supersamochody i wiem że Ferrari jest dużo lepsze od Plymoutha Barracudy, to gdybym miała wybierać... Zdecydowałabym się na Barracudę. Mówiąc po ludzku: zamiast sportowca wybrałabym mięśniaka. Dlaczego? Mięśniak ma charakter łobuza z przedmieścia. Camaro wręcz woła: jedźmy coś przeskrobać. Sportowiec jest zdyscyplinowany i przygotowany do bicia rekordów.
Tak jak w akapicie powyżej mogę jeszcze chrzanić ze dwie godziny, dlatego zanim dotrę do zasadniczego wątku minie jeszcze trochę czasu. Po pierwsze: jest masę amerykańskich filmów drogi, począwszy od Swobodnego Jeźdźca Dennisa Hoppera (film który zapoczątkował nurt jakby ktoś pytał) a skończywszy na Prostej historii Lyncha. Pewnie opowieść o człowieku jadącym na kosiarce ma głębsze ukryte przesłanie (zważywszy na cel podróży itd.) a historia dwójki motocyklistów zabitych przez rednecków (wieśniaczków) z zapyziałej Alabamy czy innej dziury na Południu zasługuje na tytuł klasyka. Pewnie o wiele bardziej kanoniczna jest scena wybuchających symboli amerykańskiego stylu bycia w Zabriskie Point, a wszyscy chętnie dołączają do Konwoju gdy ten po raz n'ty leci w TV (ja też jestem w tej grupie). Coś z kanonu pominęłam? Bullitt i scena pościgu która zasługuje na oddzielną notkę, której pisanie jest zbędne bo chyba napisano już wszystko. Wybrałam film, którego fabuła jest do bólu prosta a finał przewidywalny i zapowiedziany na samym początku. Jednym z uzasadnień tego wyboru jest biały Dodge Challenger, przemierzający przecinającą pustynie Newady szosę nr 50 w roli głównej.
Po raz pierwszy widziałam Znikający punkt w pewne nudne, niedzielne popołudnie. W dni takie jak ten perspektywa zrobienia czegokolwiek wydaje się ciekawsza niż poddanie się cotygodniowej rutynie. Odpalam film i... zastanawiam się czy z historii: masz weekend na dowiezienie tego wozu do celu da się cokolwiek wyciągnąć? Otóż: tak. Film zbudowali ludzie, których Kowalski spotyka na swojej drodze. Ludzie pozbawieni tożsamości zapisanej w dowodach osobistych, czy co tam w USA mają. Czy Kowalski ma imię? Tak, co jest nieistotne bo filmowa policja jest za głupia by je odczytać. Gloryfikacja Kowalskiego prowadzona przez DJ-a radiowego Super Soul, polegająca na przedstawieniu byłego kierowcy wyścigowego jako ostatniego z wolnych ludzi którzy nie ugięli się pod jarzmem zasad sprawia że w filmie pojawia się silny element kontestacji. Policja jest reprezentantem władzy. Czymś co reprezentuje skostniałe zasady i wymusza na obywatelach posłuszeństwo. Gliniarz w tym filmie nie mógł być fajny.
Anonimowość dotyczy nie tylko głównego bohatera. W tym filmie nie ma miejsca na tożsamość. Ludzie pojawiający się w filmie są przede wszystkim symbolami wartości, które również zostają zachwiane. Wystarczy wspomnieć motyw sekty/komuny ukrywającej się gdzieś na pustyni w Newadzie. Grupa ta jest bardzo hermetyczna i zamknięta dla ludzi z zewnątrz. Czyżby pojawiła się tu satyra na hippisów, których era zaczęła odchodzić w zapomnienie a wraz z nimi sens jakiegokolwiek buntu? Kowalski nie chce się przespać z dziewczyną na motocyklu, bo nawet idea wolnej miłości zdechła. Na jej miejscu jest wspomnienie zmarłej dziewczyny Kowalskiego. Prochy bynajmniej nie służą do wspinania się na wyższe stany świadomości, ale po to by dostać solidnego kopa. Wszelkie sacrum substancji psychoaktywnych upadło. Wątek można jeszcze pociągnąć dalej, przez ujęcia z wyrzuceniem węży przez lidera tej grupy i próbować nadinterpretacji przez pryzmat symboliki chrześcijańskiej... Jak ktoś nie ma co robić to polecam.
Oczywiście musiała pojawić się banda kretynów którzy podjechali swoim „wieśniakowozem” pod rozgłośnię z której nadawał Super Soul robiąc tym samym małą burdę. O co chodzi? Moim zdaniem o równouprawnienie. Dzieje się to samo, co się stało w Easy Riderze. Super Soul był czarny, podjechała banda białasów i spuściła mu łomot. Dlaczego? Bo Kowalski burzył ich idealny porządek świata i trzeba było zniszczyć zarówno jego jak i każdego kto z nim współpracował, co niestety im się udaje, gdyż przez ich podstęp Kowalski traci
Jak bardzo tragikomiczna jest para autostopowiczów, na dodatek gejów (a teraz temat ten jest chyba bardziej kontrowersyjny niż w latach '70) którzy wyglądają tak, jakby całą kasę zostawili w Reno, bo na Vegas nie było ich stać. Jak nisko musieli upaść skoro dwójka napastników zaczęła „wołać” policję bo napadł ich uwielbiany przez tłumy niczym Bonnie i Clyde maniak prędkości. Jak bardzo bandzior został ośmieszony przez swój głupi wizerunek...

SPOILER DOTYCZĄCY KOŃCA
Pierwszą reakcja na rozbicie Dodge'a były słowa: przynajmniej go nie dorwali żywego. Później jednak zaczęło rodzić się pytanie czy Kowalski na pewno wygrał walkę. Policja osiągnęła swój cel zatrzymując ściganego „przestępcę”, po czym rozeszli się do swoich domów. Kowalski nie dostarczył wozu na czas. Pomijam fakt, że nie było już czego dostarczać. Z drugiej jednak strony zdołał przekroczyć granice stanu Kalifornia w wyznaczonym terminie, a przez fakt że rozbił samochód i przy okazji zabił siebie, pokazał że nie ma zamiaru się poddać. Pozbawił policji zaszczytu złapania przestępcy i doprowadzenia go przed oblicze sądu. Spór mam nadzieję nie zostanie rozstrzygnięty.
Pomimo swojej prostoty film nie tylko przykuł moją uwagę ale zagościł na dobre w mojej świadomości. Nie tylko piękny samochód ale i możliwości do interpretacji sprawiły że bez problemu mogę umieścić film w pseudo-rankingu tych ulubionych. 

I taki bonus muzyczny dla wytrwałych:

 

wtorek, 20 września 2011

Na kanałach nFilm i nFilm 2 emitowany jest mniej lub bardziej regularnie program „Trzech wspaniałych” w którym trzy gwiazdy/celebryci opowiadają o swoich trzech ulubionych filmach. Formuła tego programu podsunęła mi pomysł na cykl wpisów o filmach. Oczywiście pewnie na trzech się nie skończy, a żeby było sprawiedliwie musiałabym od razu wykreślić z listy Gwiezdne Wojny, Władcę Pierścieni i oczywiście Transformers, jednak znając siebie nie zrobię tego. Dam sobie miesiąc, przez który opublikuję dziesięć artykułów/felietonów/notek o dziesięciu ulubionych filmach. Kolejność nie ma znaczenia. Ocena będzie czysto subiektywna i wpisy te nie będą miały charakteru naukowego.

  1. Trainspotting, reż. Danny Boyle, rok: 1996
Jeszcze w czerwcu męczyłam się z pracą licencjacką (którą będę się dziś ratować) o tytule: Zjawisko narkomanii w kinie współczesnym. Motyw czy subgatunek? Oczywiście nie mogłam pominąć Trainspottingu, czyli pierwszego filmu o narkomanach który dane mi było zobaczyć. Nie będę za bardzo rozwijać wątku: film jest adaptacją powieści... bla bla bla, bo uważam to za zbędne. Bardziej istotny jest dla mnie fakt, że obraz Boyle'a uważany jest za kultowy film Generacji X, co nie jest zaskoczeniem biorąc pod uwagę zachowanie głównego bohatera.
Ewan McGregor wciela się w rolę Marka Rentona – ćpuna który kradnie by tylko kupić działkę i sobie w końcu przygrzać, za uzasadnienie podając odrzucenie wszystkich wartości i celów współczesnego człowieka. Typowy X (chyba). Wyprowadził się od rodziców i zamieszkał wraz zresztą swojej paczki w jakiejś melinie (bo squatem tego nazwać nie można...) gdzie wspólnie oddają się swojej pasji jaką jest ćpanie. Ta sielanka zostaje przerwana śmiercią dziecka Alisson i wpadka podczas akcji zdobywania gotówki. „Skruszony” Renton wraca do rodziców gdzie przechodzi przez odwyk. Osobiście ten krótki pobyt u rodziców uważam za najlepszą scenę w filmie.
Mark zostaje pozbawiony nie tylko heroiny, ale i ostatniej deski ratunku jaką jest Metadon. Odwyk metodą Cold Turkey dostarcza chłopakowi ciekawych doznań... bad trip nie do pozazdroszczenia, gdyż w tej wizji prześladuje go Spud zakuty w kajdany (trafił do więzienia, po tym samym procesie w którym wypuszczono Marka), demoniczne dziecko obracające głową jak w Egzorcyście, reszta kumpli itd... całość dopełnia teleturniej w którym pytania dotyczą wszystkiego co związanie jest z AIDS (jedno z głównych zagrożeń narkomanii).
Tym co uwielbiam w filmie jest całkowity brak upiększeń, zmetaforyzowanie rzeczywistości i przyjęcie jednego punktu widzenia. Mark staje się nie tylko głównym bohaterem czy słyszanym z offu narratorem. Jest też naszym przewodnikiem po swoim własnym świecie, który w pewnym momencie usiłuje zmienić, przyjmując wcześniej odrzucone wartości.
Na uwagę zasługuje również konstrukcja całego filmu. W czołówce widzimy trzech mężczyzn uciekających przed policją. Jeden z nich rozbija się na masce czarnego samochodu i wybucha śmiechem. Ujęcie to zostanie powtórzone przed sceną procesu głównego bohatera. Kamera zatrzymuje się na moment, a obok wizerunku postaci widzimy jego nazwisko. Na zasadzie stopklatki i wyświetlenia nazwiska bądź pseudonimu, przedstawieni są pozostali bohaterowie filmu.
Pościg dobiega końca, a widz zostaje przeniesiony do spel... tzn.: do mieszkania bohatera. Ujęcia z
mieszkania prowadzone są równolegle z amatorskim meczem piłki nożnej, podczas którego
przedstawia się przyjaciół Marka: Sick Boya, Begbie, Spuda i Tommy'ego. Po tym wstępie Renton podejmuje decyzję o zerwaniu z nałogiem. Po rozmowie z Guru, scena jest zamknięta napisem
Trainspotting, na tle w czarno- białe pasy i sygnałem kolejowym. Zabieg graficzny został
powtórzony na końcu filmu (następnie wyświetlono nazwiska aktorów).
Sceny poprzedzające finał, sprawiają że zakończenie nie jest jednoznaczne. Nie wiemy czy renton nie wrócił do nałogu i nie przećpał całej kasy którą ukradł z wielkiego dealu przeprowadzonego razem z kumplami. Nie wiadomo co się stało ze Spudem ani jak wykorzysta zostawioną mu część gotówki. Czy Sick Boy dalej będzie siedział w narkobiznesie też pozostaje zagadką. Nieznany jest czas odsiadki Begby'ego i to co zrobi po wyjściu z pierdla.
W kąciku muzycznym wspomnę o tym że muzyka doskonale podkreśla to co widzimy na ekranie. Nie wiem czy ten film byłby taki sam gdyby w tle leciało coś innego niż chociażby Nightclubbing Iggy Popa w scenie wielkiej narkotycznej orgii (to dobre słowo) przeplatanej kradzieżami. To właśnie jednostajny rytm utworu nadaje tej scenie pewien cykliczny charakter. Przez utwór Dark And Long (Dark Train Remix) cała scena odwyku jest dużo bardziej psychodeliczna niż gdy wyłączymy dźwięk.
Podobno hobby kolejowe w Wielkiej Brytanii jest bardzo popularne. Nazwa hobby pasuje też idealnie do filmu Danny'ego Boyle'a, którego związki z koleją są epizodyczne gdy potraktujemy tytuł dosłownie. Jeśli spojrzymy na słowo trainspotting jak na metaforę pole do interpretacji staje się dużo większe. Trainspotting to zapis zdarzeń z życia narkomana. Stacja kolejowa na której jesteśmy nosi imię i nazwisko głównego bohatera. Symbolicznymi pociągami są wydarzenia i ludzie którzy byli związani z Markiem.

niedziela, 18 września 2011

Koniec tygodnia się zbliża. W związku z tym trzeba znowu coś palnąć. Tym razem będzie krótko, bo nie ma sensu poświęcać na ten wywód więcej niż jedną stronę formatu A4, czcionką 12, odstęp pojedynczy.
Zaczyna się mega sezon na odmóżdżające talent show, których kilka musiałam zobaczyć (zboczenie po trzech latach kulturoznawstwa). W związku z tym, wielki szok i oburzenie, Nergal juroruje jedno z nich. Szczerze powiedziawszy: sytuacja mnie śmieszyła, bo głosy oburzenia dobiegają z jednej i z drugiej strony – zarówno ludzi zaangażowanych z subkultury jak i prawicowych polityków, co uświadamia mi w jak bardzo zacofanym mentalnie kraju żyjemy.
Momentalnie odżyły wspomnienia z liceum, gdy jedna grupa starała się o zakaz rozpowszechniania pornografii wcześniej jej nie definiując, druga walczyła o szkołę bez przemocy (taka ładna reklama wtedy była...) a Jezus Chrystus miał zostać królem Polski... Zaprawdę piękne czasy to były... Nie wspomnę o sytuacji, gdy podczas zajęć przybyła do mojej szkoły „trójka giertychowska”, a my siedzieliśmy sobie całą klasą (nie)grzecznie w sali, gdyż naszą debatę było słychać w całej szkole. Jak widać: grupa działała niezbyt skutecznie. Czasy to były piękne. Było się z czego pośmiać, ale nie tęsknię.
Wracając do strony subkulturowej, muszę się do czegoś przyznać: byłam pozerem. Okropnym pozerem. Po pierwsze dlatego, że jestem typem domatora stroniącym od głośnych imprez, dlatego moja statystyka koncertów jest bardzo niska. Inna sprawa, że czułam się strasznie ograniczona tym, że musiałam patrzeć na wykonawcę przez pryzmat pewnego schematu. Przykład: Slipgiot a nie Slipknot. Dlaczego? Bo ja wiem? Bo takie było czyjeś widzimisię. Czuję się zdecydowanie lepiej, słuchając i oceniając z zewnątrz a nie przez standardy narzucone przez grupę społeczną.
Przypominam że talent show juroruje Sharon Osbourne. I.... co w związku z tym? W Polsce przed Nergalem była jeszcze Agnieszka Chylińska, która na domiar złego nagrała płytę w klimacie dance. Zinterpretuję to jako takie małe FUCK OFF dla wszystkich. Coś takiego jak mowa dla nauczycieli podczas rozdania Paszportów Polityki. Nergal w TV? O ile dobrze sobie przypominam był już skreślony przez metalowych purystów/konserwatystów już ładnych parę lat temu, więc nie ma nic do stracenia pod tym względem.

poniedziałek, 12 września 2011

11 września 2001, dziesięć lat później...

Dziś będzie lekko brutalnie. Zaprezentuję podejście które jest niedopuszczalne ponieważ Polska jest sojusznikiem USA. Naprawdę nie da się nie pamiętać o tej „przełomowej” dacie bo zarówno dziesięć lat temu jak i teraz media mówiły tylko o tym i raczej nie dało się nie zastanawiać jaki wpływ ten zamach miał na moje życie...
Mam 22 lata. 10 lat temu byłam więc 12-letnim smarkaczem który dopiero zaczynał pojmować czym jest polityka, wojna, terroryzm, korupcja, psychologia, socjologia, za to miałam w pełni wykształcony pogląd na to czemu „wyzywanie” się od „Żyda” to objaw głupoty i niedouczenia ze strony głównie rodziców którzy na to pozwalają i babć zapatrzonych w Rydza (biję do stereotypu że „Żyd śmierdzi”). Wtedy też zaczęło się myślenie w sposób: nie wszystko co podają mi na tacy jest do przełknięcia. Teraz zastanawiam się czy etap nałogowego wręcz oglądania wszelkiego rodzaju „Wiadomości” i przesiadywania w bibliotece przyszedł zbyt wcześnie czy zbyt późno... W końcu 2 lata później deklarowałam się jako anarchistka.... sratatata a miało być o 11 wsześnia
Wróciłam sobie ze szkoły, włączyłam radio (RMF jak to kogoś obchodzi) i zaczęłam odrabiać lekcje (o ile jakieś były...). Około 15.00 – pierwszy samolot a kilka minut później – druga wieża. Włączyłam TV i zaczęłam szukać czegoś co będzie nadawać z Nowego Jorku. Cały dzień zleciał na śledzeniu wydarzeń. Potem było przyznanie się Al Kaidy do winy i początek wojny w Afganistanie...
Dziesięć lat później siedziałam przed TV i kompem, słuchając w przerwach Ministry – Rio Grande Blood i robiłam bilans tych wydarzeń. Dwie wojny, kryzys gospodarczy, dwa reżimy obalone co nie znaczy że ludziom w tych krajach żyje się lepiej i co?
Tak naprawdę nigdy nie czułam zagrożenia ze strony państw muzułmańskich. Al Kaida zawsze była dla mnie grupką radykałów którzy przecież są wszędzie niezależnie od wyznania niż reprezentacją Islamistów. Fanatyzm trzeba tępić. Owszem, jednak nie można pozwolić na to by przez tą walkę cierpieli niewinni ludzie. Dlatego byłam przeciwna zarówno wojnie w Afganistanie jak i Drugiej Wojnie w Zatoce Perskiej, która była dla mnie ewidentnym skokiem na ropę.
Przez dwie kadencje Busha i zaangażowanie polskich żołnierzy w działania zbrojne przez niego prowadzone wiem tylko co to jest „Wojna Prewencyjna”. Nasi dziadkowie walczyli z Hitlerem i Stalinem a my o... no właśnie. O co my w ogóle walczymy?
Bilans skromny, bo wenę trafił szlag. Zatem podsumowanie: czy atak na WTC miał na mnie jakiś wpływ? Sam atak bezpośrednio nie, bo nikt z moich bliskich wtedy nie zginął, aczkolwiek rozmiar tragedii przerażał mnie wtedy i przeraża mnie dziś. Za to dobitnie zrozumiałam czym jest terroryzm i organizacje jakiego typu są za to odpowiedzialne. Większy wpływ na kształtowanie mojej tożsamości miały wydarzenia późniejsze.
A teraz Sayonara bo spadam na Top Gear.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Kwejkowe muzyczne kwiatki

Od dłuższego czasu obok Pana Wąsa skok ciśnienia powodują u mnie pseudo wywody pseudo znawców dotyczących muzyki. O ile niektóre są śmieszne to niektóre przyprawiają mnie o mdłości i ochotę znalezienia autora gdzieś na drugim końcu Polski i użycia argumentu siły. Od początku:
  
Ok. Też nie rozumiem jak można nie wiedzieć kto to jest 2Pac, pomimo że nie słucham na co dzień rapu. Uważam jednak że postać Tupaca jest na tyle ikoniczna że każdemu przynajmniej raz w życiu obiło się to imię o uszy.

Proszę Pana! Po pierwsze od patrzenia na tą „grafikę” oczy bolą. W czym ją Pan robił? W paincie?
Po drugie: nie łatwiej było napisać że to jest jedynie ułamek z czegoś co można nazwać prawdziwą muzyką? Bo pominął (sprawdzone ze słownikiem) pan masę innych świetnych zespołów.
Ja się pytam gdzie na tej liście Def Leppard któremu należy się szacunek chociażby dlatego, że perkusista doskonale sobie radził, pomimo że stracił rękę w wypadku? Gdzie Kick Axe? Zespół który nagrał parę niezłych płyt i przepadł w niebycie? A wielka szkoda, bo zjadał Bon Jovi na śniadanie. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Jimiego Hendrixa czy Janis Joplin? Czy te nazwiska nic nie znaczą, tak jak nazwy Judas Priest i Motorhead?
Nie wspomnę o The Doors, którego wokalista Jim Morrison jest legendą i tak prawdę powiedziawszy wszyscy buntownicy etc. nawet mu do pięt nie dorastają nie tylko pod względem ilości procesów, wagi stawianych oskarżeń ale i wszechstronności i intelektu. Tak. Król Jaszczurów był nie tylko ćpunem i wokalistą rockowego zespołu ale i świetnym poetą, o czym większość z Was i tak pewnie się nie dowie bo i tak zwracacie uwagę tylko na refren.
Inna sprawa że z autorem obrazka chyba i tak za długo nie pogadam. Naprawdę nie jest trudem wypisać kilka zespołów zaliczanych do klasyki rocka, pomijając całą resztę. Gdzie jest Depeche Mode czy New Order? Czy Michael Jackson zostaje wykluczony bo był artystą (przez duże a) pop i zrobił prawdziwą rewolucję w dziedzinie videoclipu, nie obniżając przy tym poziomu artystycznego?
Drażni mnie jeszcze jedna sprawa: 30 Second To Mars i My Chemical Romance nie trawię, aczkolwiek tym pierwszym muszę przyznać że mają fajne teledyski. Uważam jednak że to gruba przesada stawiać ich w jednej linii z gwiazdkami Disneya takimi jak Hannah Montana. Mimo wszystko: nie ta liga.
Najbardziej wkurzające w tym jest to, że całkiem obiektywnie patrząc nie wiem, co w tym „zestawieniu” robi Linkin Park. Chyba że wysnuwa się takie wnioski po wątpliwym przesłuchaniu tylko ostatniej płyty, lub po zasłyszeniu hasła „rockowy boysband”. Panie! Z tego składu tylko Chester dostał wejściówkę na drodze castingu, po drugie gdyby naprawdę było parcie na rapcore i crossovery wszelakie byłby zalew tego typu muzyki a nie tylko kilka zespołów (RATM, LP, Limp Bizkit). A wierz mi: jest tego dużo i większość zasługuje na szacunek.
Już całkowicie pokojowo chcę postawić na swoim i zaproponować mały kompromis. Pewnie większość nie pamięta, ale kiedyś na TVP 2 leciał program „Hołdys Guru”. Nie utrzymał się za długo, ale można było tam posłuchać prawdziwych perełek. W jednym odcinku tego programu padło jedno bardzo mądre zdanie: „muzyka jest jedna”, więc może w końcu faktycznie zakończymy te wojny i zaczniemy się szanować pomimo tego że jeden słucha techno, drugi rapu a trzeci black metalu i damy spokój tym bezsensownym sporom i udowadnianiu sobie jaki dubstep jest chujowy a heavy metal to bezmyślne szarpanie strun? Muzyka jest sztuką i sposobem wyrażania siebie. Każdy artysta używa do tego innych narzędzi, metod i konwencji.


PS.: Teraz bym sobie podarowała Hołdysa, ale nie będę zgrywać hipokrytki. Zdanie o tym panu zmieniłam na minus, ale to jego program miał ogromny wpływ na moją edukację muzyczną.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Transformers: Dark of The Moon

Tekst zawiera w cholerę spoilerów. Czytasz na własną odpowiedzialność
Słowem wstępu
Chcę napisać tylko że nie brałam się wcześniej za pisanie o tym filmie bo po prostu miałam lenia i mi się nie chciało. Pragnę też dodać, że ani jedno słowo napisane poniżej nie ma nic wspólnego z obiektywną krytyką. Są to tylko moje subiektywne odczucia na temat uniwersum Transformers Michaela Baya i wszystkiego co działo się wokół. Have fun. 


Pamiętacie Avatara? Takie urocze widowisko w 3D. Jakby ktoś nie pamięta to panowie wszechświata z planety Ziemia, królestwa wyczerpanego ze wszelkich surowców naturalnych postanawiają najechać na planetę Pandora. Na swoje nieszczęście spotykają się z oporem tubylców. „Najeźdźcy” dzielą się w międzyczasie na dwa obozy: agresorów i garstkę obrońców o wiele mniej zaawansowanych technologicznie Na'vi. Finał opowieści jest taki, że po spektakularnej bitwie Na'vi wyganiają ludzi ze swojej planety. Reakcje na film były różne: Pandora jest piękna, bajka, szkoda że to tylko bajka, ziemianie powinni sobie z nimi poradzić i podbić tą cholerną planetę, człowiek potrafi być skurwysynem etc...
A teraz wyobraźmy sobie sytuację odwrotną: Ziemię odwiedza o wiele bardziej zaawansowana technologicznie rasa, której planeta została zniszczona w efekcie Wojny Domowej. I tu mamy dwie frakcje: agresorów – Decepticonów i przyjaciół – Autobotów. Jak się dowiadujemy Deceptom chodzi nie tylko o surowce naturalne, ale i o zasób ludzki. Nie tylko ludzkość ale i coś co nazywamy człowieczeństwem jest zagrożone. To taki spoiler do filmu Transformers 3 (Transformers: Dark of the Moon)
Tym co zdecydowanie odróżnia trójkę od pierwszych dwóch części jest klimat – zdecydowanie cięższy i mroczniejszy. Mamy tu o wiele bardziej skomplikowaną intrygę, do której rozwiązania kluczem jest mentor Optimusa – Sentinel Prime. Tym co spodobało mi się najbardziej jest sposób w jaki pokazano ludzi. Już nie jesteśmy tylko sojusznikami będącymi pod czujną protekcją Autobotów. Jesteśmy też zimnymi draniami którzy są w stanie podpisać ryzykowny pakt z Decepticonami by tylko uratować swój tyłek. Cecha ta przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dylana Goulda (Patrick Dempsey) śmiało można nazwać ludzkim odpowiednikiem Megatrona. Jako ciekawostkę dodam że twórcy kreskówki z lat osiemdziesiątych również nie bali się pomysłu sojuszu ludzi i Decepticonów. Zresztą nie jest to jedyna aluzja do Generacji Pierwszej.
Wygnanie Autobotów z Ziemi, Kosmiczna Rdza, przetransportowanie Cybertronu przez Most Kosmiczny (Space Bridge) to pomysły pochodzące z serialu animowanego. Nowum nie jest też odstrzelenie posągu Lincolna i Megatron zasiadający na jego miejscu. Również imię nowej dziewczyny Sama wydaje się zaczerpnięte z pierwszego uniwersum o wielkim robotach. Jak wiadomo tak miała na imię żona Spike'a Witwicky z tego serialu.
Drażliwym i kontrowersyjnym tematem była zmiana głównej bohaterki z Michaeli Banes (Megan Fox) na Carly Spencer (Rosie Huntington-Whiteley). Pomimo że delikatnie mówiąc byłam bardzo sceptycznie nastawiona do nowej dziuni, muszę powiedzieć że blondi nie wkurza, a nawet da się ją polubić. Co prawda gra Rosie Huntington-Whiteley pozostawia wiele do życzenia, jednak nie będę się za bardzo czepiać – to jej debiut na dużym ekranie, a poza tym nie ma łatwo gdyż...
..Główny bohater nie tylko dorósł do roli bohatera ale „chce coś znaczyć” w wielkim świecie i z tego powodu ma kompleks niższości. W spełnianiu marzeń pomaga mu nadworny Agent Specjalnej Troski Seymour Simmons (John Turturro) będący w tej części przerysowaną wersją samego siebie, jednak komizmu tej postaci odmówić nie można, pomimo że momentami naprawdę irytuje. Finał bajki jest taki, że nie tylko zdobywa serce ukochanej (dżizyz jak to brzmi...) i zgodnie z tradycją ratuje świat.
Oczywiście nie jest sam. W filmie nie mogło zabraknąć Willa Lennoxa (Josh Duhamel) i Roberta Eppsa (Tyrese Gibson). W skrócie: ten pierwszy dostał awans a ten drugi zmienił robotę – na szczęście mu się znudziło. I zgodnie z tradycją numer dwa Lennox zostaje moim ulubionym człowiekiem z uniwersum.
Nie będę rozpatrywać tego filmu w kategorii „widowisko 3D”, bo film broni się sam a trójwymiar stanowi tylko taki mały i miły dodatek dzięki któremu obraz nabiera głębi. Tak drodzy Państwo: inwestując w bilet na seans 3D dopłacacie do obrazu jako takiego. Co prawda należy podkreślić że poza paroma fragmentami (sekwencja początkowa, bitwa w Chicago) nie jest on tak namacalny jak w Avatarze. Czy warto dopłacać? Oceńcie sami. Ja tam nie żałuję. 
 To się nazywa perfidny pseudo-lans

Na większą uwagę zasługuje początek filmu. Skrót: w jednej chwili jesteśmy na Cybertronie, potem obserwujemy „kulisy” misji Apollo 11, potem teleportacja do domy Sama i Carly, Czarnobyl... Muszę jednak przyznać że pierwsze 8 minut to zdecydowanie najlepsza „czołówka” z trylogii Baya stanowiąca idealne wprowadzenie do dalszej części filmu. Kwestią dyskusyjną jest to, czy dobrym pomysłem było zastosowanie takiego rozwiązania dopiero w części numer 3. Poza tym niestety samo takie rozwiązanie jest dość ryzykowne, o czym można się przekonać. Na samym początku powstał mały chaos pod tytułem: zbyt dużo elementów na zbyt krótkim obszarze czasowym, a kulisy z życia prywatnego Sama są... nudne i film się ciągnie niemiłosiernie. Na szczęście w międzyczasie chłopaki z NESTu wpadają do Czarnobyla. Jest to jedna z najlepszych scen w filmie – polecam wsłuchanie się w soundtrack...
Niestety z Czarnobylem związana jest największa bolączka filmu i najbardziej zmarnowany bohater w jednej osobie. A imię jego Shockwave. Cóż, naprawdę trudno ukryć rozczarowanie faktem że twarz kampanii reklamowej filmu dostaje zaledwie kilka minut czasu ekranowego (ktoś za mnie policzy ile dokładnie?) niemalże nic nie mówi. Chyba że zastosowanie jedynie cybertrońskiego „bełkotu” ma za zadanie dodać tej postaci +50 do siania grozy... Naprawdę wielka szkoda że w filmie poza świetnym designem postać ma bardzo niewiele do pokazania. Po lekturze komiksów liczyłam na więcej...
A skoro przy komiksach jesteśmy to pragnę poruszyć kwestię braku spójności fabuły. Punkt pierwszy: polecam wklepać w google hasła intertekstualność i konwergencja, przy czym pragnę podkreślić że są to zjawiska coraz częściej spotykane w kulturze masowej i (nie)stety coraz częściej bez teksów uzupełniających ani rusz. Jeśli już zapoznaliście się z tymi terminami to odsyłam szanownych Państwa do komiksów, gier, nowelizacji... a jeśli się wkręcicie w temat i będzie Wam mało domysłów to polecam www.fanfiction.net. Wracając do wątku podstawowego: gwarantuję że po lekturze wspomnianych teksów przynajmniej część luk pomiędzy filmami zniknie i można wysnuć własne wnioski interpretacyjne na temat tego dlaczego Carly za bardzo nie musiała się starać by podjudzić Megatrona lub dlaczego Ironhide musiał umrzeć (co jest moim największym bólem... takie fangirlowskie żale).
Na osobne dwie recenzje zasługują płyty z soundtrackiem – jeden to składanka na której znajdują się utwory między innymi Linkin Park, Paramore, Art of Dying (nota bene moje największe muzyczne odkrycie roku) i Skillet, a także płyta ze score'm autorstwa Steve'a Jablonsky'ego.
OST został przeze mnie potraktowany po łebkach, na zasadzie wklepania poszczególnych tytułów na youtube.com i odsłuchaniu. Niestety poza perełkami w postaci Staind, Art of Dying, Skillet i Linkin Park nie odnalazłam na nim nic dla siebie, aczkolwiek 4/11 z czego 2 to odkrycia, to niezły wynik. Doczepię się tylko do Iridescent: tak - LP to mój ulubiony zespół, tak – Iridescent to dobry utwór z fajnym teledyskiem. Jednak kompletnie nie rozumiem dlaczego nagminnie wykorzystywano pierwsze sekundy tegoż utworu? Jedynym usprawiedliwieniem jest wykorzystanie piosenki jako dopełnienie obrazu zniszczenia, gdy Sam z ekipą Eppsa wjeżdżają do Chicago.
Zdecydowanie bardziej czekałam na Score autorstwa Steve'a Jablonsky'ego. Podopieczny Hansa Zimmera po raz kolejny udowodnił że potrafi skomponować bardzo dobry soundtrack, który po kilkunastu przesłuchaniach prowadzi w moim osobistym rankingu. Przyznam się szczerze, że słuchając płyty już w nocy przed oficjalną polską premierą filmu powtarzałam sobie że to będzie naprawdę świetny film.
Ta ścieżka dźwiękowa zawiera w sobie wszystko co najlepsze ze swoich poprzedniczek. Lekkie kompozycje znane z części pierwszej skontrastowane z topornym klimatem z Zemsty Upadłych to połączenie wręcz idealne. Prawdę powiedziawszy rockowa składanka może nie istnieć, albo funkcjonować jako dodatek do wydania deluxe.
Delikatny Sentinel Prime absolutnie nie zwiastuje katastrofy, której ten bohater będzie przyczyną. Wręcz przeciwnie: Sentinel nabiera w naszych oczach majestatu, potęgując szok wywołany jego zdradą. Wspomniany wcześniej mimochodem Shockwave's Revenge powoduje szybsze bicie serca w momentach gdy Cyklop pojawia się na ekranie. W napięciu cały czas trzyma skopiowana z Wyspy scena pościgu na autostradzie, głównie dzięki słyszanemu wtedy utworowi Battle. Dynamiczne The World Needs You Now i It's Our Fight cały czas nie tylko nadają ton, ale i są idealnym zobrazowaniem finalnej bitwy w Chicago.
Muszę się przyznać do łez w dwóch fragmentach filmu. I tu podam dwa tytuły utworów: There Is No Plan i No Prisoners, Only Trophies. Ten pierwszy wykorzystany w scenie wygnania Autobotów z Ziemi to w rzeczywistości przearanżowany Arrival To Earth z pierwszej części filmu. Tworzy to wrażenie klamry – pewien okres zostaje zamknięty. Ten drugi utwór rozbrzmiewa gdy Autoboty zostają skazane na śmierć. Dramatyzm tych scen sprawia że problemem staje się opanowanie uczuć.
O Transformerach mogę napisać jeszcze więcej, jednak biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe serie i towarzyszące im komiksy, będzie to zaledwie ułamek wiedzy. Również o Dark of the Moon nie napisałam wszystkiego. Wytykanie wad i wskazywanie zalet zostawiam krytykom. Dla siebie rezerwuję zachwyt nad tym filmem. 

Bonus muzyczny:



I Strefa Spamu i Promocji czyli garść tapetek mojego autorstwa w rozdzielczości 1600x1200. Oczywiście Fan Arty z Transformers:
 http://alex-89.deviantart.com/art/Sideswipe-251574515?q=gallery%3Aalex-89%2F30177192&qo=0

 http://alex-89.deviantart.com/art/Ironhide-tribute-216430288?q=gallery%3Aalex-89%2F30177192&qo=3


 http://alex-89.deviantart.com/art/Ironhide-wallpaper-210941125?q=gallery%3Aalex-89%2F30177192&qo=8

http://alex-89.deviantart.com/art/Bumblebee-Wallpaper-212125484?q=gallery%3Aalex-89%2F30177192&qo=6

http://alex-89.deviantart.com/art/Megatron-Wallpaper-211141136?q=gallery%3Aalex-89%2F30177192&qo=7

 Jeśli udało się komuś wytrwać do końca to gratuluję :)

niedziela, 24 lipca 2011

Jeśli masz zamiar wcisnąć tu swoje: „jak się nie będziesz rzucać to nic Ci nie zrobią” albo „jak kupujesz i kasujesz bilet to się nie przejmuj” to lepiej stąd wyjdź. Dziś kolejny etap marudzenia na Komunikację miejską. Od marca tego roku kontroler może użyć przemocy wobec gapowicza a próba ucieczki = wykroczenie za które można zapłacić 5 stówek. W sumie było mi to obojętne... no właśnie: było.
Norma: wsiadam do autobusu, kasuję bilet, zajmuję miejsce, zakładam słuchawki i jadę do Katowic. Na Korfantego, przystanek przed końcem trasy: kontrola. Nic dziwnego. Cwaniaczki z reguły tam wsiadają. Spisali parę osób, podchodzą do mnie, wyciągam bilet, legitymację studencką i nagle słyszę pytanie zadawane do drugiego z kontrolerów: „czy dzisiaj jest piętnasty?”. myślę sobie: „kurwa mać”. Na moje szczęście był piętnasty...
Wysiadłam z autobusu i postawiłam sobie jedno pytanie: jazda na gapę jazdą na gapę ale czy firma zatrudniająca kontrolerów w ogóle sprawdza kogo zatrudnia? Facetowi płacą za wlepianie mandatów i kontrole, ale nagle okazało się że nie musi wiedzieć jaki dziś dzień ani która godzina. Zadaję zatem kolejne pytanie: jak można dać dodatkowe uprawnienia ludziom którzy są po prostu niekompetentni.
Od razu od wprowadzenia nowych przepisów pojawiła się obawa, że kontrolerzy zaczną nadużywać swoich uprawnień, co w porównaniu z brakiem kompetencji i podstawowej wiedzy może okazać się klęską dla obywatela i korzyścią dla skarbu państwa i przewoźnika.