wtorek, 3 kwietnia 2012

W pogoni za...

Ostatnio złapałam się na tym, że moja historia zatoczyła koło. Jestem dokładnie na tym samym etapie co w 2005 roku. Szesnastoletni dzieciak zaczął mieć wątpliwości i zaczął szukać prawdy, weryfikować wcześniejsze (!) i tak uformowane już w dużej mierze poglądy na świat. Jeżeli w którymś momencie autorytet Karola Wojtyły miał na mnie jakikolwiek wpływ, to właśnie wtedy. Bo jakieś 7 lat temu zaczął się Ogólnopolski Festiwal Pojednania Na Pokaz który z całą swoją mocą obnażył zakłamanie społeczeństwa. A że ostatnio motyw kurewstwa i zakłamania wrócił na moją tapetę... To pora na powrót podkładu muzycznego.
Na szesnaste urodziny zafundowałam sobie prezent. Dziś miałam go tylko odsłuchać, ale z sentymentem zaczęłam się przyglądać wysłużonej kopercie zewnętrznej, która miała chronić zabierany wszędzie krążek, pomimo że uważałam brzmienie albumu za zbyt plastikowe. Koperta nie była skuteczna: plastikowe pudełko nie przeżyło ciężaru podręczników xD. Książeczka też niezbyt dobrze zniosła częste przeglądanie. Jest pognieciona, w niektórych miejscach brakuje drukarskiej farby, której woń pomimo upływu lat wciąż jest odczuwalna. I te symbole, te zdjęcia... Wszystko robiło wtedy tak kolosalne wrażenie. A obecny stan całości, który mogę określić jednym słowem: wysłużona, jest świadectwem ile taki drobiazg dla mnie znaczył.
Chyba jednak najbardziej cieszyłam się muzyką, która działała na mnie uspokajająco. TAK!! ja cały czas mówię o płycie Behemoth - Demigod. Po raz pierwszy słuchałam tego albumu w środku nocy, mniej więcej koło 00.00, w myśl zasady że północ jest magiczną porą. Nadziwić się nie mogę ile w tym było dziecięcej naiwności i jak bardzo sarkastyczny uśmiech wywołuje to na mojej twarzy.
Za nic jednak nie mogę sobie przypomnieć czego wtedy szukałam... i czy w ogóle się za czymś uganiałam. Wydawało mi się jednak, że jestem na dobrej drodze. Gdzieś tam zapoznałam się z tym czym jest Ścieżka Lewej Ręki, satanizm, magia chaosu, przekonałam się że wcale nie szukam metafizyki... i tu znowu cytat z X Men Origins: Wolverine: I'm coming for blood: no law, no code of conduct z tą różnicą, że wtedy chyba jednak szukałam jakiegoś kodeksu, a cytat opisuje stan dzisiejszy.
A może po prostu gdzieś się zagubiłam i musiałam wrócić do punktu wyjścia by wyruszyć od początku? Taka metafora.
Bodajże w Białym Oleandrze padło zdanie Feniks musi spłonąć by zaistnieć. Jest w tym dziwna prawda.

3 komentarze:

Ka. pisze...

Czytam te Twoje zapiski :)

Lucjan pisze...

Akurat jestem w podobnym wieku, może delikatnie starszym. Ciekawe jak będę to wspominał po latach. Gówniarska naiwność i głupota? Podobne przeżycia, podobne upodobania, z jedną różnicą - cały czas poszukuję tego idealnego dla mnie światopoglądu, cały czas go tworzę i burzę. Ogólnie fajny blog ;)

Violet Witch :) pisze...

powiem Ci że czasem tęsknię za taką naiwnością - kiedy wszystko jest przed Tobą i wydawało się o wiele prostsze ;) dziś wiem że im szybciej się z tego wybijesz tym będzie Ci łatwiej w przyszłości... sad but true. pozdrawiam i życzę powodzenia w przyszłości ;)